RSS

Archiwa tagu: podróże

Na wschód od zachodu – Wojciech Jagielski

Jagielski powszechnie znany, to Jagielski reporter wojenny, podążający za konfliktami rozrywającymi miejsca i narody. „Na wschód od zachodu” to reportaż zupełnie inny, momentami nawet nie będący reportażem, lecz niemalże historią opowiadaną oczami bohatera.

Z barwnej podróży „na wschód od zachodu” wyłaniają się dwie wiodące postacie. „Święty” jest „klasycznym” hipisem, który do Indii trafił zgodnie z prawidłami ruchu „make love, not war” – szlakiem przez Turcję, Iran i Afganistan. Kamal do krainy szczęśliwości wywędrowała z Polski, zostawiając za sobą aspiracje, karierę i „dobrze się zapowiadającą” osobę z porządnej rodziny. Dziś już nie pamięta poprzedniego życia, wypełniając swoje jestestwo podróżą z Północy na Południe (i z powrotem).

Dwie skrajnie różne postacie, których wspólny mianownik stanowi spełnienie marzenia o krainie spokoju i wiecznej szczęśliwości. Naiwni przybysze z zachodniej cywilizacji czy ludzie, którzy dotknęli absolutu? Wojciech Jagielski niczego nie przesądza, ostateczną opinię pozostawiając czytelnikom.

Reklamy
 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 13 sierpnia 2018 w literatura 2018

 

Tagi: , , ,

Życie seksualne kanibali – J.Maarten Troost

Nietuzinkowa książka podróżnicza autorstwa Amerykanina o holenderskich korzeniach.

J. Maarten Troost rzuca wielką Amerykę wraz z jej pogonią za pieniądzem na rzecz wysepki na końcu świata. Celem jest Tarnawa, jedna z ponad trzydziestu wysp koralowych na Oceanie Spokojnym. Formalnie to Państwo Kiribati. W praktyce rozrzucone w przestrzeni wielu mil morskich płaskie atole. Parę kilometrów od „w pizdu”.

Autor szybko rozprawia się z pocztówkowym  wyobrażeniem turysty o raju na Ziemi. Owszem, czasem to raj i tylko wtedy gdy patrzymy na błękit oceanu. Wystarczy spojrzeć przez ramię, żeby wśród rajskiej plaży z nachylającymi się ku wodzie palmami zobaczyć wypięte tyłki tubylców, dla których ocean to naturalne miejsce defekacji.

Troost nokautuje sielskość tropików w każdym rozdziale. A to wspominając o deficycie wody, a to o hordach dzikich psów (doskonałe urozmaicenie diety autochtonów), a to o jednej linii lotniczej, której zdarza się przylecieć na wyspę.

Najeżona humorem opowiastka tylko z pozoru bez końca pastwi się nad tropikalnym piekłem. Pod welonem sarkazmu kryje się duża dawka sympatii dla ikiribati – specyficznej nacji zamieszkującej Tarnawę i jeszcze większa – choć nieco ukryta – pochwała prostego życia bez obciążeń współczesnej cywilizacji.

Tytuł jest oczywiście „podpuchą” – no bo kto sięgnie po „Wspomienia z Kiribati” 🙂

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 16 grudnia 2017 w literatura 2017

 

Tagi: , , ,

Tracks

TracksCzterej wielbłądzi i pies.

Jak zawsze w tak wzruszających, epickich dziełach, wiercąc się w fotelu oczekujemy końcowego „Based on true story”. Tym razem nie będzie rozczarowania – Robyn Davidson jest postacią autentyczną a film oparty o bestseler wydawniczy „Tracks”.

Robyn Davidson (Mia Wasikowska) w 1977 roku wyruszyła ze środka kontynentu australijskiego (Alice Springs) w kierunku Oceanu Indyjskiego na zachodnie wybrzeże Australii. Towarzyszyły jej cztery wielbłądy i pies. Choć towarzyszył jej reporter National Geographic, faktycznie przeszła tą drogę sama, okazjonalnie napotykając turystów i tubylców. Pani Davidson szybko odkryła zalety komercjalizacji swojego wyczynu a jej mamuary pt.: (a jakże) „Tracks” stały się bestselerem nie tylko literatury podróżniczej, ale także źródłem inspiracji dla rozwijającej się emancypacji.

Rzeczywistość nie pasowała do wizji współczesnego filmu. „Miss Camel” była podobno kobietą czynu, energiczną i zdeterminowaną. Sama wybrała fotografa Ricka Smolana. Filmowa Davidson o twarzy Mii Wasikowskiej to postać zgoła przeciwna pierwowzorowi. Wasikowska – choć grająca dobrze – zdaje się być kobietą ulotną i eteryczną. Sceny, w których jej różowe ciałko wystawia się na zabójcze pustynne słońce wprost wywołuje uśmiech. Podobnie zwiewny zdaje się być nieśmiały fotograf Rick. Człowiek o takim usposobieniu prawdopodobnie zostałby szybko zjedzony gdzieś po drodze przez psy dingo.

John Curran wyreżyserował film o wyprawie przez bezdroża Australii na kolanach przed główną bohaterką. Od pierwszych scen film zdaje się być hagiografią świętej kobiety – samotnej z wyboru i stawiającej swoją inność na ołtarzu samoumęczenia. Podróż „Camel Lady” przez pustynie u boku psa i rodziny wielbłądów niebezpiecznie zbliża się do scenki znanej z bożonarodzeniowych inscenizacji o brzemiennej Marii wśród bydlątek.

„Tracks” jest ładnie poukładany, mało kontrowersyjny i zwyczajnie ładny w obiektywie. Nie ma w nim wielkich emocji. Spodoba się wielbicielom filmu „Wild„.

 

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu 6 grudnia 2015 w kino 2015

 

Tagi: , , , ,

Merde! chodzi po ludziach – Stephen Clarke

merde-chodzi-po-ludziachStephen Clarke zrobił furorę w krajach anglosaskich dzięki wielowiekowej tradycji współistnienia ze sobą dwóch nacji. Tak jak pies i kot, Flip i Flap czy Dempsey i Mejkpis („na tropie” ;), Francja nie może istnieć bez Anglii a Anglia nie ma sensu bez Francji.

Clarke wie to doskonale. Ba! wiedzą to doskonale miliony Francuzów i Anglików. Narody, które próbowały się bezskutecznie wybić przez całe wieki żywią do siebie sympatie i urazy jakich nie sposób zrozumieć nam, Słowianom nawet w kontekście naszych tradycyjnych polskich traum niemiecko – ruskich.

W kolejnej z cyklu „Merde” powieści autor dołącza do rozważań o angielskości i francuskości Amerykę. Ten zmutowany brytyjski skrawek świata to fantastyczny przyczynek do kolejnych złośliwości Brytyjczyka.

Podróż bohatera (Anglika) i towarzyszącej mu dziewczynie (Francuzka) oraz przedziwnej zbieraninie innych indywiduów zalicza kolejne punkty na mapie USA. Całość układa się w zgrabny pamflet na Amerykanów, Anglików, Francuzów i ich wzajemnych relacji.

Bez szaleństwa, lektura w sam raz na wakacyjny chillout pozwala nabrać sympatii dla wszystkich wspomnianych nacji ale nie pozostaje w głowie zbyt długo.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 5 września 2015 w literatura 2015

 

Tagi: , , , ,

Wild

WildPozwolę sobie zacytować znany portal o filmach:

„(…) gęsta mikstura obrazów i dźwięków ma większą siłę niż słowa – potrafi szarpać emocje, pieścić zmysły bądź uwodzić melancholijnym nastrojem. Ogląda się to wszystko wybornie, podziwiając kunszt operatora i montażysty zszywającego praktycznie bez szwów sceny z różnych okresów życia Cheryl (…)”

oraz

„(…) Rytm włóczęgi wyznaczają tu fragmenty poezji Emily Dickinson i Ralpha Emersona,  a także piosenki Cohena, Springsteena i Simona & Garfunkela. Ci ostatni dostarczają  muzyczny leitmotiv, natchnione El Condor Pasa, z tekstem: „Wolałbym być lasem niż ulicą (…) Wolałbym czuć ziemię pod stopami, jeśli tylko bym mógł (…)”.

Poezja Emily Dickinson i Emersona, bełkoty Cohena i miałczanda Springsteena. Do tego „El Condor Pasa”. Wszystko razem przyprawia o rozpuszczenie plomb w paszczy i uczucie, że ktoś tu nas próbuje zrobić w bambuko utykając gdzie się da wyższą lecz wyświechtaną kulturę. Taką, którą mus znać, aby być trendy, spoko a nawet dżezy.

Ja bardzo przepraszam, gdyż albowiem jest to film pierd, męczące kino drogi o pani, która jak ostatni dureń wyrusza Pacific Crest Trail liczący 4265 km w przymałych butach, bez kuchenki gazowej, za to z plecakiem przerastającym możliwość podniesienia go z podłogi dźwigiem samojezdnym lub choćby „hadeesem”. W polskich okolicznościach przyrody osobnik taki zostałby odnaleziony przez GOPR na dnie śnieżnego leja a TVN miałby szanse raz jeszcze pochylić się nad bezgraniczną głupotą Polaka ruszającego w drogę bez zaopatrzenia się w ekłypment rodem z filmów o wyprawie na Księżyc.

Można oczywiście podejść do tematu z wrażliwością nastolatka traktując całą fabułę jako symboliczną podróż przez męki egzystencji i trudy życia – temu wszak służą gwałtowne i krótkie „przebitki” ze skomplikowanego życiorysu Cheryl. Rzecz jednak w tym, że Jean-Marc Vallee plecie swoją opowieść nadzwyczaj pretensjonalnie. Po udanym „Witaj w klubie” kolejna opowieść o nawróceniu na życie wygląda na kolejną próbę zdobycia Oscara.

Reese Witherspoon idzie w góry (i nie tylko zresztą). Robi to jak ostatnia łamaga, wykazując jednak wybitny hart ducha. Pytaniem zasadniczym pozostaje – robi tak, bo jest taka nieprzeciętna, czy robi tak, bo jest frustratem po przejściach, z zanikającym instynktem samozachowawczym? „Dzika droga” zaimponuje wszystkim kropo szczurom, którym codzienne odkreślanie listy obecności przypomina pracę w kopalni. Dla nich wybór Cheryl będzie świętością. Dla reszty – filmem o ciągnącym się jak makaron trekkingu dla ekstremistów.

 
2 Komentarze

Opublikował/a w dniu 4 Maj 2015 w kino 2015

 

Tagi: , , ,

Etiopia – Ale czat! – Martyna Wojciechowska

ETIOPIA

Dziwna to książka. Określenie to nie do końca oddaje ducha wydawnictwa sygnowanego znaczkiem National Geographic. To raczej album pomocniczy ze skryptem, ilustrujący jedną z podróży Martyny Wojciechowskiej, czy raczej dodatek do programu telewizyjnego. Uważny telewidz nie znajdzie w słowie drukowanym niczego poza tym, co kadr wyraził w krótkich ujęciach. Być może jest to jednak sposobność do spokojniejszego niż 30 minut projekcji poznania i utrwalenia wiedzy o Etiopii.

Pani Wojciechowska jest Redaktorem Naczelnym polskiego wydania National Geo. Charakter tego periodyku, a raczej charakter całego przedsięwięcia spod znaku żółtej ramki świetnie wpisuje się w codzienną pracę autorki. Potężny marketing stojący za tak znanym brandem wyciska ostatnie soki z każdego pomysłu. Dopracowany, świetnie wydany album jest jednak zbyt doskonały i brakuje mu zwyczajnie książkowej „duszy”.

„Etiopia, Ale czat!” jest wynikiem pobytu w Afryce, którego głównym celem było nakręcenie programu przyrodniczego. Przy takiej okazji powstaje też sporo materiału zdjęciowego (nie licząc stop klatki kamery). Dorobione nieco na siłę treści, z których złożono książkę nie robią wielkiego wrażenia.

O Rogu Afryki fenomenalnie pisał Kapuściński, a przed nim i po nim kilku innych podróżników. W tym kontekście książka Martyny Wojciechowskiej wypada bladziutko. To po prostu zlepek scenek z podróży, sytuacji wokół ekipy telewizyjnej w kraju innym niż znane nam europejskie standardy. Momentami Wojciechowska ciekawi, szczególnie dopowiadając to czego w kadrze nie było widać. Tak się jednak składa, że doskonałe skądinąd programy podróżniczki są mocno zagęszczone właśnie takim spostrzeżeniami – a to koło nam odpadło, a to ekipa jest chora. Te obrazki znamy z kilku już serii programów MW. „Etiopia. Ale czat” pozostanie więc pozycją uzupełniającą do relacji wideo, obowiązkową dla zaawansowanych fanów autorki.

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 10 marca 2015 w literatura 2015

 

Tagi: , , ,

Wyspa na Prerii – Wojciech Cejrowski

wyspa-na-prerii-CejrowskiSky is the limit

Najnowsze dzieło Wojciecha Cejrowskiego, tym razem traktujące o wycieczce w swoje prywatne sprawy, czyli opis życia na rancho. Naczelny kowboy RP najwyraźniej chciał zostać prawdziwym kaubojem, stąd ta mikro chatka w Arizonie i cały enturaż wokół czasu spędzonego wśród braci Jankesów.

„Wyspa na Prerii” to pięknie wydana książka – niemalże album (niemalże, bo więcej tu ozdóbek niż faktycznej treści albumu). Kolejne dzieło zapewne przyniesie autorowi nowy sukces wydawniczy, wzmacniając kabzę podróżnika, a przede wszystkim jeszcze bardziej nadmucha i tak wielkie ego.

Gringo wśród rednecków

Cejrowski czytelnikom kojarzy się raczej z Amazonią i hiszpańskojęzyczną częścią świata ale o swoim uwielbieniu dla Stanów Zjednoczonych Ameryki napomykał już wcześniej. W „Wyspie na Prerii” autor okazuje się być nie tylko przypadkowym właścicielem rozpadającej się chatki ale i gruntu, w którym bulgoczą złoża ropy. Ma też stada krów, którymi mimochodem zajmują się sąsiedzi obok. Cała opowieść zahacza o nieznane nam bliżej „korzenie” autora – najprawdopodobniej młodzieńczą podróż w te strony a także … nieokreślone ingerencje istoty wyższej w postaci ducha swojego ojca przesyłającego Wojciechowi paczki Fed-Exem.

Kujoty, mustangi, bydło

Pan Wojtek tradycyjnie ma lekkie pióro i zmysł do narracji a jego spostrzeżenia (po części poparte rzeczywistymi doświadczeniami) są ciekawe i nietuzinkowe. W książce można zatem znaleźć wiele ciekawych i bezcennych opowieści. Cejrowski pisze o amerykańskiej prowincji z dużą sympatią, wynajdując drobne detale pozytywnie kształtujące wizerunek Ameryki – wymarzonej mekki równości i demokracji.

O czym szumią trawy

Nie wszystko jednak jest tak różowe i fantastyczne. Po pierwsze niektóre historie mocno skręcają w stronę bajdurzenia. To się już panu Wojtkowi zdarzało, ale to co w Amazonii dodawało uroku spotkaniom z szamanami, nie do końca da się „łyknąć” w Ameryce. Nawet jeśli to „Ameryka B” pośrodku niczego. Po drugie – samouwielbienie i wszechwiedza Cejrowskiego urosła do niebotycznych rozmiarów. W „Wyspie na Prerii” jest niebezpiecznie dużo mądrali kosztem ciekawości podróżnika.

Cejrowskiego można uwielbiać lub go nienawidzić. Dla czytelników książek podróżniczych Cejrowski przefiltrowany ze swojego politycznego zakapiorstwa jest zapewne autorem pozytywnym, barwnie opisującym nieznany świat. Byłoby szkoda, gdyby podróżnik Cejrowski został wchłonięty przez wszechwiedzącego mądralę „Gringo” Cejrowskiego. Albo co najgorsze przez politykującego „WC” Cejrowskiego.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 9 marca 2015 w literatura 2015

 

Tagi: , ,