RSS

Archiwa tagu: podróże

Ameryka nie istnieje – Wojciech Orliński

Subiektywna podróż przez Amerykę. Orliński ma dużą wiedzę o Stanach Zjednoczonych i umiejętnie wplata ją w relacje z kolejnych miejsc.

Absurdalnie odrealniony Disneyland jako miejsce robiące wodę z mózgu. Los Angeles w istocie będące rozległymi przedmieściami a nie żadnym „miastem”. Las Vegas mieniące się światłami pożerającymi megawaty energii i czarna pustka wokół. Route 66 i jego prawdziwe, prowincjonale oblicze.

To tylko część obserwacji autora. Jest też sporo o amerykańskiej mentalności i predyspozycji do spiskowych teorii dziejów.

Całość wywodów spięta główną tezą autora – Ameryka, jaką znamy z kultury popularnej nie istnieje.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 8 lutego 2020 w literatura 2020

 

Tagi: , ,

Na wschód od zachodu – Wojciech Jagielski

Jagielski powszechnie znany, to Jagielski reporter wojenny, podążający za konfliktami rozrywającymi miejsca i narody. „Na wschód od zachodu” to reportaż zupełnie inny, momentami nawet nie będący reportażem, lecz niemalże historią opowiadaną oczami bohatera.

Z barwnej podróży „na wschód od zachodu” wyłaniają się dwie wiodące postacie. „Święty” jest „klasycznym” hipisem, który do Indii trafił zgodnie z prawidłami ruchu „make love, not war” – szlakiem przez Turcję, Iran i Afganistan. Kamal do krainy szczęśliwości wywędrowała z Polski, zostawiając za sobą aspiracje, karierę i „dobrze się zapowiadającą” osobę z porządnej rodziny. Dziś już nie pamięta poprzedniego życia, wypełniając swoje jestestwo podróżą z Północy na Południe (i z powrotem).

Dwie skrajnie różne postacie, których wspólny mianownik stanowi spełnienie marzenia o krainie spokoju i wiecznej szczęśliwości. Naiwni przybysze z zachodniej cywilizacji czy ludzie, którzy dotknęli absolutu? Wojciech Jagielski niczego nie przesądza, ostateczną opinię pozostawiając czytelnikom.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 13 sierpnia 2018 w literatura 2018

 

Tagi: , , ,

Życie seksualne kanibali – J.Maarten Troost

Nietuzinkowa książka podróżnicza autorstwa Amerykanina o holenderskich korzeniach.

J. Maarten Troost rzuca wielką Amerykę wraz z jej pogonią za pieniądzem na rzecz wysepki na końcu świata. Celem jest Tarnawa, jedna z ponad trzydziestu wysp koralowych na Oceanie Spokojnym. Formalnie to Państwo Kiribati. W praktyce rozrzucone w przestrzeni wielu mil morskich płaskie atole. Parę kilometrów od „w pizdu”.

Autor szybko rozprawia się z pocztówkowym  wyobrażeniem turysty o raju na Ziemi. Owszem, czasem to raj i tylko wtedy gdy patrzymy na błękit oceanu. Wystarczy spojrzeć przez ramię, żeby wśród rajskiej plaży z nachylającymi się ku wodzie palmami zobaczyć wypięte tyłki tubylców, dla których ocean to naturalne miejsce defekacji.

Troost nokautuje sielskość tropików w każdym rozdziale. A to wspominając o deficycie wody, a to o hordach dzikich psów (doskonałe urozmaicenie diety autochtonów), a to o jednej linii lotniczej, której zdarza się przylecieć na wyspę.

Najeżona humorem opowiastka tylko z pozoru bez końca pastwi się nad tropikalnym piekłem. Pod welonem sarkazmu kryje się duża dawka sympatii dla ikiribati – specyficznej nacji zamieszkującej Tarnawę i jeszcze większa – choć nieco ukryta – pochwała prostego życia bez obciążeń współczesnej cywilizacji.

Tytuł jest oczywiście „podpuchą” – no bo kto sięgnie po „Wspomienia z Kiribati” 🙂

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 16 grudnia 2017 w literatura 2017

 

Tagi: , , ,

Tracks

TracksCzterej wielbłądzi i pies.

Jak zawsze w tak wzruszających, epickich dziełach, wiercąc się w fotelu oczekujemy końcowego „Based on true story”. Tym razem nie będzie rozczarowania – Robyn Davidson jest postacią autentyczną a film oparty o bestseler wydawniczy „Tracks”.

Robyn Davidson (Mia Wasikowska) w 1977 roku wyruszyła ze środka kontynentu australijskiego (Alice Springs) w kierunku Oceanu Indyjskiego na zachodnie wybrzeże Australii. Towarzyszyły jej cztery wielbłądy i pies. Choć towarzyszył jej reporter National Geographic, faktycznie przeszła tą drogę sama, okazjonalnie napotykając turystów i tubylców. Pani Davidson szybko odkryła zalety komercjalizacji swojego wyczynu a jej mamuary pt.: (a jakże) „Tracks” stały się bestselerem nie tylko literatury podróżniczej, ale także źródłem inspiracji dla rozwijającej się emancypacji.

Rzeczywistość nie pasowała do wizji współczesnego filmu. „Miss Camel” była podobno kobietą czynu, energiczną i zdeterminowaną. Sama wybrała fotografa Ricka Smolana. Filmowa Davidson o twarzy Mii Wasikowskiej to postać zgoła przeciwna pierwowzorowi. Wasikowska – choć grająca dobrze – zdaje się być kobietą ulotną i eteryczną. Sceny, w których jej różowe ciałko wystawia się na zabójcze pustynne słońce wprost wywołuje uśmiech. Podobnie zwiewny zdaje się być nieśmiały fotograf Rick. Człowiek o takim usposobieniu prawdopodobnie zostałby szybko zjedzony gdzieś po drodze przez psy dingo.

John Curran wyreżyserował film o wyprawie przez bezdroża Australii na kolanach przed główną bohaterką. Od pierwszych scen film zdaje się być hagiografią świętej kobiety – samotnej z wyboru i stawiającej swoją inność na ołtarzu samoumęczenia. Podróż „Camel Lady” przez pustynie u boku psa i rodziny wielbłądów niebezpiecznie zbliża się do scenki znanej z bożonarodzeniowych inscenizacji o brzemiennej Marii wśród bydlątek.

„Tracks” jest ładnie poukładany, mało kontrowersyjny i zwyczajnie ładny w obiektywie. Nie ma w nim wielkich emocji. Spodoba się wielbicielom filmu „Wild„.

 

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu 6 grudnia 2015 w kino 2015

 

Tagi: , , , ,

Merde! chodzi po ludziach – Stephen Clarke

merde-chodzi-po-ludziachStephen Clarke zrobił furorę w krajach anglosaskich dzięki wielowiekowej tradycji współistnienia ze sobą dwóch nacji. Tak jak pies i kot, Flip i Flap czy Dempsey i Mejkpis („na tropie” ;), Francja nie może istnieć bez Anglii a Anglia nie ma sensu bez Francji.

Clarke wie to doskonale. Ba! wiedzą to doskonale miliony Francuzów i Anglików. Narody, które próbowały się bezskutecznie wybić przez całe wieki żywią do siebie sympatie i urazy jakich nie sposób zrozumieć nam, Słowianom nawet w kontekście naszych tradycyjnych polskich traum niemiecko – ruskich.

W kolejnej z cyklu „Merde” powieści autor dołącza do rozważań o angielskości i francuskości Amerykę. Ten zmutowany brytyjski skrawek świata to fantastyczny przyczynek do kolejnych złośliwości Brytyjczyka.

Podróż bohatera (Anglika) i towarzyszącej mu dziewczynie (Francuzka) oraz przedziwnej zbieraninie innych indywiduów zalicza kolejne punkty na mapie USA. Całość układa się w zgrabny pamflet na Amerykanów, Anglików, Francuzów i ich wzajemnych relacji.

Bez szaleństwa, lektura w sam raz na wakacyjny chillout pozwala nabrać sympatii dla wszystkich wspomnianych nacji ale nie pozostaje w głowie zbyt długo.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 5 września 2015 w literatura 2015

 

Tagi: , , , ,

Wild

WildPozwolę sobie zacytować znany portal o filmach:

„(…) gęsta mikstura obrazów i dźwięków ma większą siłę niż słowa – potrafi szarpać emocje, pieścić zmysły bądź uwodzić melancholijnym nastrojem. Ogląda się to wszystko wybornie, podziwiając kunszt operatora i montażysty zszywającego praktycznie bez szwów sceny z różnych okresów życia Cheryl (…)”

oraz

„(…) Rytm włóczęgi wyznaczają tu fragmenty poezji Emily Dickinson i Ralpha Emersona,  a także piosenki Cohena, Springsteena i Simona & Garfunkela. Ci ostatni dostarczają  muzyczny leitmotiv, natchnione El Condor Pasa, z tekstem: „Wolałbym być lasem niż ulicą (…) Wolałbym czuć ziemię pod stopami, jeśli tylko bym mógł (…)”.

Poezja Emily Dickinson i Emersona, bełkoty Cohena i miałczanda Springsteena. Do tego „El Condor Pasa”. Wszystko razem przyprawia o rozpuszczenie plomb w paszczy i uczucie, że ktoś tu nas próbuje zrobić w bambuko utykając gdzie się da wyższą lecz wyświechtaną kulturę. Taką, którą mus znać, aby być trendy, spoko a nawet dżezy.

Ja bardzo przepraszam, gdyż albowiem jest to film pierd, męczące kino drogi o pani, która jak ostatni dureń wyrusza Pacific Crest Trail liczący 4265 km w przymałych butach, bez kuchenki gazowej, za to z plecakiem przerastającym możliwość podniesienia go z podłogi dźwigiem samojezdnym lub choćby „hadeesem”. W polskich okolicznościach przyrody osobnik taki zostałby odnaleziony przez GOPR na dnie śnieżnego leja a TVN miałby szanse raz jeszcze pochylić się nad bezgraniczną głupotą Polaka ruszającego w drogę bez zaopatrzenia się w ekłypment rodem z filmów o wyprawie na Księżyc.

Można oczywiście podejść do tematu z wrażliwością nastolatka traktując całą fabułę jako symboliczną podróż przez męki egzystencji i trudy życia – temu wszak służą gwałtowne i krótkie „przebitki” ze skomplikowanego życiorysu Cheryl. Rzecz jednak w tym, że Jean-Marc Vallee plecie swoją opowieść nadzwyczaj pretensjonalnie. Po udanym „Witaj w klubie” kolejna opowieść o nawróceniu na życie wygląda na kolejną próbę zdobycia Oscara.

Reese Witherspoon idzie w góry (i nie tylko zresztą). Robi to jak ostatnia łamaga, wykazując jednak wybitny hart ducha. Pytaniem zasadniczym pozostaje – robi tak, bo jest taka nieprzeciętna, czy robi tak, bo jest frustratem po przejściach, z zanikającym instynktem samozachowawczym? „Dzika droga” zaimponuje wszystkim kropo szczurom, którym codzienne odkreślanie listy obecności przypomina pracę w kopalni. Dla nich wybór Cheryl będzie świętością. Dla reszty – filmem o ciągnącym się jak makaron trekkingu dla ekstremistów.

 
2 Komentarze

Opublikował/a w dniu 4 Maj 2015 w kino 2015

 

Tagi: , , ,

Etiopia – Ale czat! – Martyna Wojciechowska

ETIOPIA

Dziwna to książka. Określenie to nie do końca oddaje ducha wydawnictwa sygnowanego znaczkiem National Geographic. To raczej album pomocniczy ze skryptem, ilustrujący jedną z podróży Martyny Wojciechowskiej, czy raczej dodatek do programu telewizyjnego. Uważny telewidz nie znajdzie w słowie drukowanym niczego poza tym, co kadr wyraził w krótkich ujęciach. Być może jest to jednak sposobność do spokojniejszego niż 30 minut projekcji poznania i utrwalenia wiedzy o Etiopii.

Pani Wojciechowska jest Redaktorem Naczelnym polskiego wydania National Geo. Charakter tego periodyku, a raczej charakter całego przedsięwięcia spod znaku żółtej ramki świetnie wpisuje się w codzienną pracę autorki. Potężny marketing stojący za tak znanym brandem wyciska ostatnie soki z każdego pomysłu. Dopracowany, świetnie wydany album jest jednak zbyt doskonały i brakuje mu zwyczajnie książkowej „duszy”.

„Etiopia, Ale czat!” jest wynikiem pobytu w Afryce, którego głównym celem było nakręcenie programu przyrodniczego. Przy takiej okazji powstaje też sporo materiału zdjęciowego (nie licząc stop klatki kamery). Dorobione nieco na siłę treści, z których złożono książkę nie robią wielkiego wrażenia.

O Rogu Afryki fenomenalnie pisał Kapuściński, a przed nim i po nim kilku innych podróżników. W tym kontekście książka Martyny Wojciechowskiej wypada bladziutko. To po prostu zlepek scenek z podróży, sytuacji wokół ekipy telewizyjnej w kraju innym niż znane nam europejskie standardy. Momentami Wojciechowska ciekawi, szczególnie dopowiadając to czego w kadrze nie było widać. Tak się jednak składa, że doskonałe skądinąd programy podróżniczki są mocno zagęszczone właśnie takim spostrzeżeniami – a to koło nam odpadło, a to ekipa jest chora. Te obrazki znamy z kilku już serii programów MW. „Etiopia. Ale czat” pozostanie więc pozycją uzupełniającą do relacji wideo, obowiązkową dla zaawansowanych fanów autorki.

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 10 marca 2015 w literatura 2015

 

Tagi: , , ,