RSS

Archiwa tagu: kupa

Overlord

W przededniu operacji Overlord za liniami wroga ląduje oddział spadochroniarzy Airborne. Zadanie: zniszczyć wieżę kościelną, potencjalny punkt obserwacyjny hitlerowców. W trakcie rozpoznania żołnierze odkrywają ślady dziwnych eksperymentów.

Firmowany szumnie nazwiskiem J.J. Abramsa „Overlord” miał zabłysnąć nowatorskim (sic!) połączeniem filmu wojennego i thrillera o zombies. Już sam scenariusz niebezpiecznie pachnie próbą sfilmowania nieśmiertelnej gry z 1992 roku –  „Wolfenstein 3D”. O ile jednak ta oznaczała nieprzespane noce i wypieki na policzkach po każdej rozgrywce, seans z „Overlord” może zakończyć się jedynie próbą szybkiego wymazania tego gniota z pamięci.

Twórcy „Overlord” po mistrzowsku popsuli wszystko, co dało się popsuć. Scenariusz galopujący w stronę nieuchronnej klęski, budzące politowanie efekty i kupa śmiechu. Z przewagą kupy.

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 19 czerwca 2019 w kino 2019, Nie do obejrzenia 2019

 

Tagi: , , ,

Smoleńsk

Jak w starym dowcipie, jeśli zastąpi się kalumnie o „Smoleńsku” miłościwym milczeniem, to zapadnie cisza 🙂

Goebelsowska propaganda to nie jedyne zło jakim Antoni Krauze męczy widza. Film jest monumentalnie durny, obrażający inteligencję Polaków, w dodatku zagrany w sposób urągający elementarnemu pojęciu o grze aktorskiej.

Znośna, choć drewniana pierwsza część opowieści o spisku smoleńskim i winie Tuska niczym nie zaskakuje, realizując się w mało wysublimowanych dygresjach i pomówieniach. Machiaweliczny szef „prywatnej telewizji”, aroganccy politycy rządzącej kliki, itd, itp. Prawdziwym bólem jest końcówka, w której opary absurdu sięgają zenitu. Połączenie Smoleńska z Katyniem niszczy umysł niczym zabójcze promienie gamma najeźdźców z kosmosu.

Co się raz zobaczyło, to się już nieodzobaczy.

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu 15 marca 2019 w kino 2019, Nie do obejrzenia 2019

 

Tagi: , , , ,

Masterminds

Grupka cwaniaków planuje napad na lokalny bank. Wykorzystują do tego jednego ze strażników, Davida. Złodzieje amatorzy nie grzeszą nadmiarem inteligencji, ale prawdziwym gigantem głupoty jest rzeczony David. Najdurniejszy na świecie plan obrabowania banku to zaledwie początek przygód najgłupszej bandy w dziejach świata.

„Mastermind” nie grzeszy oryginalnością, o poziomie dowcipu nie wspominając. Reżyserowi nie wystarczyła sama historia najeżona humorem z racji absurdu całego zdarzenia. Musieli przedobrzyć, dodając tuzin dowcipów rodem z kina klasy „C” („D”? jest jakaś ostatnia z klas filmowych?). Świetnie w tym wszystkim odnajduje się odtwórca roli głównej. Fryzura, strój, wreszcie kolejne przebrania Zacha Galifianakisa podbijają stawkę wysoko w skali obciachu i dennego dowcipu a on sam zdaje się doskonale bawić rolą główną w stylu, do jakiego przyzwyczaił już widzów.

Wydurnianiu się Zacha towarzyszą dwa kolejne kurioza – kompletnie absurdalna postać cyngla-idioty i mózg operacji Steven (w tej roli nijak nie pasujący do ról złych charakterów poczciwy Owen Wilson). Zaprawdę ciężko ich znieść.

Kiedy na początku filmu oczom widza ukazuje się klasyczna informacja „oparte na faktach”, trudno w to uwierzyć. Nie uprzedzając faktów, mina rzednie wraz z napisami końcowymi. Ale żeby tam dotrzeć bezpiecznie, lepiej od razu przewinąć film do ostatnich dwóch minut.

Aaaaaa!!!!

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 17 listopada 2018 w kino 2018, Nie do obejrzenia 2018

 

Tagi: , , ,

Dog Eat Dog

Uwaga! Wciśnięcie przycisku „play” po wyborze filmu „Dog Eat Dog” może doprowadzić do ciężkich urazów mózgu. Zanim to zrobisz, przeczytaj ulotkę i skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą.

Trzech kolesi „spod celi” wchodzi w kolejną „gorącą” robotę mając świadomość, że wpadka zaowocuje długim wyrokiem. Takich trzech ze świecą szukać. Troy (Nicolas Cage) to niewątpliwie mózg operacji, facet o (hu! hu! ha!) kamiennym obliczu. „Mad Dog” (Wilem Dafoe) jest kompletnym świrem, z bańką przeżartą prochami. „Diesel” (gościu nieznany bliżej nikomu z żadnego filmu) ma swój ciężki pomyślunek, uzupełniając pozostałą dwójkę na pozycji obijacza mord. Wunderteam przystępuje do realizacji niezbyt przemyślanego planu, rujnując go od A do Z.

Poziom groteski jaką odstawia trzech przestępców jest imponująca, ale i tak nie dorównuje temu, co z filem zrobili jego twórcy. Być może reżyserowi marzyło się kino ostre niczym u Tarantino. Takie pełne błyskotliwych ripost wypowiadanych z błyskiem w oku. Imponujących najazdów kamery. Malowania  okrucieństwem abstrakcyjnych obrazów, nienachalnie nawiązujących do nowoczesnego malarstwa. Mogło tak być.

Ale nie wyszło.

Wyszła Wielka Kupa. Naprawdę z dużej litery.

Po obejrzeniu tego filmu długo nie można wrócić do rzeczywistości. Masakryczny montaż i dziury w scenariuszu to nie wszystko. Naprawdę czymś wyjątkowym są kreacje. Cage dawno już przyklepał swoją pozycję największego kaszaniarza w Kalifornii. Rolę „Mad Doga” można wytłumaczyć sobie tylko jednym – Dafoe musiał mieć jakąś ogromną śmiechawę z gry w tak wybitnie żenującym, tak kompletnie bezsensownym filmie.

Cztery sceny zapierające dech w piersiach (z niedowierzania, że to widzę):

  1. trzech zatwardziałych zbirów skacze po łóżku i oblewa się keczupem i musztardą (cięcie)
  2. apogeum brutalnej akcji przychodzi znikąd i rozgrywa się w ciągu 2 sekund. Po kolejnych dwóch kolesie zapominają o sprawie (cięcie)
  3. siedzący w różowym pokoju Dafoe rzuca się z furią na grubaskę (ciach)
  4. z niewiadomego powodu przepytywany przez policjantkę Cage uderza ją z impetem pięścią … w stylu slow motion.

Murowany kandydat na najgorszy film roku 2018.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 31 października 2018 w kino 2018, Nie do obejrzenia 2018

 

Tagi: , , ,

Killing Gunther

Grupa super killerów skrzykuje się, żeby zabić legendarnego Gunthera, zabójcę najlepszego z najlepszych. Sęk w tym, że najlepszego nie sposób zabić. A poza tym nikt go nigdy nie widział.

Pseudo – paradokumentalny idiotyzm o trudnym do oszacowania poziomie żenady. Dotarcie do momentu, w którym na ekranie pojawia się Schwarzenegger (grubo w drugiej połowie) wymaga nie lada samozaparcia.

Zagadką pozostaje co skłoniło Arniego do wzięcia udziału w tym czymś, nawet jeśli jego rola ma zabawne momenty (autoironia w bawarskich lederhosen i gadanie po niemiecku).

Kolejne zdania poświęcone „Killing Gunther” byłby obrazą czytelnika. Omijać z daleka, wybitna strata czasu.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 22 grudnia 2017 w kino 2017, Nie do obejrzenia 2017

 

Tagi: , ,

Independence Day – Resurgence

independence-day-2Większy statek, większa rozpierducha, jeszcze większy statek i miliard małych stateczków. W sequelu wszystko musi być większe niż w poprzednim filmie. Niestety nie wyłączając głupoty twórców.

Dwadzieścia lat po pierwszym „Dniu Niepodległości”, kiedy to źli Obcy przylecieli swoimi statkami nad największe metropolie (Radomia zdaje się nie uwzględnili na liście) … aż głupio pisać, ale znowu przylatują.

Chociaż reżyser Ronald Emmerich przez pierwsze kilkanaście minut filmu trzyma widza w niepewności, dla nikogo nie będzie zaskoczeniem co – koniec końców – pojawi się nad błękitną planetą.

Fabuła „Independence Day: Resurgence” przytłacza niczym wrogi statek kosmiczny – absurdy piętrzą się barokowo, bohaterzy na przemian przesadzają z patosem, głupkowatym humorem i nieśmiesznymi gagami. Samych czerstwych dowcipów zebrałby się duży worek.

Bez Willa Smitha, za to z wątpliwej klasy gwiazdorem Liamem Hemsworthem film nabiera kolorków produkcji podwórkowej, nakręconej przez kolesi, którym wydaje się że są zabawni.

Twórcą wiekopomnego dzieła jest wspomniany wyżej Ronald „Master of Disaster” Emmerich. Facet musi mieć jakąś traumę z dzieciństwa, bo zdołał już poszczuć staruszkę Ziemię zmutowaną jaszczurką (Godzilla), zamrozić ją (Ziemię, nie Godzillę, „The Day After Tomorrow”) i wreszcie z przytupem rozpiździć totalnym kataklizmem („2012”). Kosmici z „Dnia Niepodległości” w obu częściach są nie mniej skuteczni, ale Emmerichowi jest wciąż mało. Przebąkuje się o trzeciej części…..

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 17 stycznia 2017 w kino 2017

 

Tagi: ,

Zoolander 2

zoolander-2-posterOglądanie bezsensownie durnej komedii, w dodatku od części drugiej, to filmowy strzał w kolano. Nie znając hmm.. sensu Zoolandera mogłem więc wyłącznie domyślać się uniwersalnego przesłania części pierwszej i po głębokim wdechu zanurzyć się w slapstickowy humor filmu Bena Stillera.

Pomijając fabułę skomplikowaną jak budowa cepa „Zoolander 2” to zlepek gagów, głównie polegających na udziale celebrytów. I właśnie ich udział jest największym zaskoczeniem i umysłową łamigłówką filmu.

Lista jest zdumiewająco długa – od ikonicznej Anny Wintour, modelek Naomi Campbell i Kate Moss, po indywidua rodzaju MC Hammer i Justin Bieber (ten ostatni w życiowej kreacji 🙂

Na dokładkę Sting w roli Stinga, Skrillex i Willie Nelson.

Co skłoniło kilku „proroków mody” do wyśmiewania się samych z siebie? Zapewne sława pierwszej części i próba uczestnictwa w przysłowiowym „darciu łacha” z nabrzmiałej jak penis płetwala „Haute couture”. A z tyłu głowy przysłowie o „odjeżdżającym bez nas pociągu”.

Co skłoniło Stinga do kompletnie bezsensownego występu w roli mnicha a ultra gwiazdę county Willie Nelsona w bliżej nieokreślonym mignięciu na ekranie – nie mam pojęcia.

Jedynym pocieszeniem na ekranie w „Zoolanderze No. 2” pozostaje zjawiskowa Penelope Cruz. Z przegiętym akcentem i w czerwonym trykocie nadal jest wyjątkowa, choć tym razem wyłącznie wizualnie.

Całość śmieszna inaczej musi wybitnie trafić na wyrobionego w tym gatunku widza lub marnego stylistę.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 12 sierpnia 2016 w kino 2016

 

Tagi: , , , ,

Avis de Mistral

Lato w ProwansjiFilm przewidywalny jak awarie w samochodach znad Loary. Produkcje tego typu powinny mieć wyraźne oznaczenie wieku: od lat siedemdziesięciu w górę.

Trójka dzieci wyekspediowana przez rozwodzące się małżeństwo do dziadków na prowincji zderza się nie tylko z lokalną mentalnością i brakiem Facebooka, ale też ze starszym pokoleniem nadającym na innych falach.

Straszny dziadunio Jeon Reno nie jest w gruncie rzeczy taki straszny, a nawet całkiem fajny. Brak internetu okazuje się przyczynkiem do zapoznania z lokalnymi adonisami (w wersji dla dziewczyny) lub(w wersji dla nastolatka) dojrzałej femme fatale, nie wiem sam czemu robiącej domowe lody. Najmłodszy z dzieci szybko roztapia serca starszego pokolenia podlewając pomidorki swoją mini koneweczką.

Sielankowy krajobraz, rozleniwienie gorącego lata i proste życie to zalety „Lata w Prowansji”. Scenariusz to kompletne rozczarowanie. Kiedy ponury i chamski dziad Jean Reno staje się rubasznym, podstarzałym hippisem podśpiewującym „Knockin’ on heavens door” – robi się zaprawdę żenująco.

Wobec nudnej jak flaki z olejem fabuły warto zastosować znaną taktykę francuskiego wojska – w tył zwrot i w nogi!

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 23 grudnia 2015 w kino 2015

 

Tagi: , , ,

Seks, miłość i terapia

SSeks Milosc Terapiaeksoholik na odwyku zatrudnia w swoim gabinecie psychoterapeutycznym nimfomankę. Tak postawiony plot francuskiego filmu od początku ustawia widowisko – będzie grubo i niedorzecznie.

Scenariusz powyższy nadawałby się do branży porno jako proste wprowadzenie do właściwej treści filmu. W komedii „romantycznej” relacje Judith (Sophie Marceau) i Lamberta (Patrick Bruel) sprowadzają akcję do niby śmiesznych sytuacji damsko – męskich, w których nimfomanka okazuje się romantyczną panią z nadzieją na wielką miłość a seksoholik melepetą bez potencji.

Być może na rynku francuskim zachwyt nad parą Marceau – Bruel jest czymś więcej niż śledzeniem fabuły. W naszych warunkach oczekiwane są jeśli nie dobra zabawa, to przynajmniej „momenty”. Tych jednak nie było, przy całej masie drętwych żarcików i marnych prób rozśmieszenia widza.

„Tu veux ou tu veux pas” po francusku znaczy „Chcesz, czy nie chcesz”. Odpowiedź jest prosta – nie chcę.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 23 grudnia 2015 w kino 2015, Nie do obejrzenia 2015

 

Tagi: , , , ,

Into the Storm

EpicentrumGrupa „łowców burz” trafia w Oklahomie na wybitny okaz. Burza z tuzinem trąb powietrznych bliźniacza do tej, jaka musiała zbesztać Noego przy okazji potopu. Filmowcy do społu z pseudo naukowcami z przerażeniem odkrywają, że (mój Boże!), tornado zagraża szkole w miasteczku. Wkrótce odkrywają, że burza zagraża wszystkiemu i wszystkim.

Kino katastroficzne rządzi się swoimi prawami. Tu nie chodzi o spójność czy logikę. Chodzi o spektakularną rozpierduchę. Byłoby jednak miło, gdyby wymówka do zrobienia „jesieni Średniowiecza” z amerykańskiej prowincji miało choćby malutką dramaturgię trzymającą widza w napięciu. „Epicentrum” rozpędza się swoimi trąbami powietrznymi jak psujący się odkurzacz. Zanim na dobre zawyje – wyłącza się. Do nie najlepszego scenariusza dokłada się plejada drewniaków grająca role ofiar kataklizmu. Jedyna znana z twarzy Sarah Wayne Callies powtarza wprawdzie swoje wylęknione miny z „Walking Dead”, ale to i tak najlepsza z kreacji. O reszcie szkoda wspominać.

„Epicentrum” podobnie jak „San Andreas” najeżone jest absurdem a poziom „artystyczny” jest dramatyczny. Kilka lepszych scen i efektów FX nie ratuje tego dziełka, a zbieżne ze wspomnianym „San Andreas” zakończenie kolejny raz przypomina walący się kibel i Pałac Kultury („Rozmowy Kontrolowane”). U Barei „to się odbuduje” miało swój zabawny podtekst. Amerykański hart ducha zaczyna przypominać deklaracje radzieckich junaków.

 

PS. Biedna ta Oklahoma. Gdyby film zobaczyła rodzina Joadów, załamaliby się do końca.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 19 października 2015 w kino 2015, Nie do obejrzenia 2015

 

Tagi: , ,