RSS

Archiwa tagu: społeczeństwo

Hańba – John Maxwell Coetzee

Popadłem w stan pohańbienia, z którego niełatwo mi będzie się podźwignąć. Nie próbowałem uniknąć tej kary. Nie śmiem przeciwko niej się burzyć. Na odwrót, dzień w dzień odbywam ją całym sobą, usiłując zaakceptować hańbę jaką swoją kondycję. Czy pańskim zdaniem Bogu wystarczy, że żyję pod brzemieniem bezterminowej hańby?

Profesor literatury David Lurie wpada w kłopoty. Krótki romans ze studentką rujnuje życie intelektualisty. Zhańbiony Lurie opuszcza Kapsztad i przeprowadza się na farmę córki.

Prowincja przygniata Luriego rzeczywistością dalece odmienną od warunków, w jakich przebywał dotychczas. Post apartheidowe społeczeństwo rządzi się niezrozumiałymi dla białego intelektualisty prawami. Hańba nie opuści bohatera, choć objawi się na wiele nieznanych dotąd sposobów.

Wielkość prozy południowoafrykańskiego noblisty leży w lapidarnej formie, której ślad pozostaje na długo w czytelniku. Do głębi smutna i niepozbawiona biologicznej brutalności „Hańba” dotyka wielu tematów, z których egzystencjalne problemy „człowieka Zachodu” to ledwie górna warstwa. Poruszająca analiza społeczeństwa i stan umysłu nowej klasy panów mówią o RPA więcej niż niejedno opasłe dzieło.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 27 lipca 2020 w literatura 2020

 

Tagi: , , , , ,

Kler

Przygody klechów i plebanów  poznali  już  z pewnością  wszyscy,  nawet  ci, którzy  zazwyczaj  do kina  nie chodzą. Dzięki nagonce środowisk prokatolickich w kinach trudno było o bilety przez kilka miesięcy.

Na szczęście projekcje odbywały się bez zamieszek w kuluarach, a zastępy Radia Maryja szybko ustąpiły miejsca szerokiej publiczności. Frekwencja wywindowała „Kler” do miana hitu boxoffice.

Nic dziwnego, bo nazwisko reżysera to w dzisiejszym kinie polskim gwarancja najwyższej filmowej jakości.

Doskonały Gajos, świetni Braciak, Więckiewicz i Jakubik.

Kino kinem, a życie życiem. Najnowszy zamęt wywołane filmem braci Sekielskich potwierdza, że w filmie Wojtka Smarzowskiego nie ma przejaskrawień.

Szczęść Boże!

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 30 Maj 2019 w kino 2018

 

Tagi: , , , , ,

Gdzie sobota jest niedzielą. Niemiecki student w Izraelu – Markus Flohr

Mężczyzna z chlebem wskazał w tym kierunku, mówiąc:

– It is the Jews. The Israilis settlement. You know? Skinąłem głową. Settlement. Israil. – They lie to us. They kill us. The Israili. The basterds.

Spojrzałem na Simsona. Simson spojrzał na mnie. Mężczyzna z chlebem jeszcze nie skończył.

– You don’t have in German Israil. Ups. – Hitler. Właśnie. – Why Hitler go to Russia? Why not Palestin?

– Yes! – krzyknął Simson. – Heil Hitler. W autobusie zrobiło się bardzo cicho.

Niemiec w Izraelu brzmi jak oksymoron i nieuchronnie prowadzi do skojarzeń rodzaju: holokaust – naziści. Zderzenie kulturowe obu nacji przez kolejne tysiąc lat nie uniknie tlącego się poczucia winy z jednej i ledwie skrywanej wrogości z drugiej strony. Choć oba narody przerobiły kwestię zbrodni i kary po wielokroć, niemiecka stopa na uświęconej żydowskiej ziemi to nadal rzecz zdumiewająca mieszkańców tradycyjnej Jerozolimy. A nawet nowoczesnego Tel Avivu.

– Ma seh? Ma atah osseh? Atah meschuggah? Eise Germani! Eise Nazi! You want to kill me? You want to finish the Holocaust?

Opisując własne doświadczenia w Izraelu Markus Flohr postanowił przełamać stereotypy i wcielić się w Niemca obywatela świata.

Imprezy do rana, używki na festiwalu, erotyczne przygody wypełniają opowieść po brzegi. Podobne historie można umiejscowić w dowolnym europejskim mieście. Jak tysiące mu podobnych podróżników dowolnej nacji – pochłania świat przez pryzmat przygody, zabawy i nieuchronnych kulturowych faux pass. Te pojawiają się często, bo przybyszowi ze starej Europy wdepnięcie w grząskie tematy zdarza się co drugi krok. Szczególnie jeśli jego przodków kojarzy się głównie z mundurem w kolorze feldblau.

Syn niemieckiego pastora nie pisze z pozycji kolan, nie unika tematów tabu i niewygodnych twierdzeń. Bawi się sytuacją, skupiając na codzienności. Kątem oka dostrzega oczywiście wszystko, co w codziennych rytuałach sięga korzeniami do jarzma przeszłości.

Nocne życie Jerozolimy to jedno, spotkania z konserwatywną większością to drugie oblicze książki. Markus wpada często w sytuacje, w których różnice kulturowe zarysowują się ostro. Jak choćby ta o podróży autobusem z wielkim drewnianym krzyżem – scena żywcem wyjęta z „Monty Pythona”. Zdumiewający przemarsz w stylu Jezusa to za mało. Bohater myli autobusy i trafia do dzielnicy Mea Szarim, enklawy żydowskich „ultrasów”.

Mówi się, że w Jerozolimie można zadzwonić do Boga, płacąc za połączenie według taryfy lokalnej. W Mea Szearim Bóg do ciebie oddzwoni.

Dyskusje o religiach i obyczajach są zresztą największą osobliwością książki. Toczone w nadzwyczaj frywolnym tonie młodego pokolenia, często ocierają się o granice dobrego wychowania, oddając jednak na swój przewrotny sposób sceptyczne spojrzenie na cudze wierzenia.

Cóż on poradzi na to, powiedział, że my, chrześcijanie, musimy wszystko robić inaczej. Najpierw wymyśliliśmy nową religię z tym lekko głupkowatym Żydem jako maskotką. Potem zmieniliśmy plan tygodnia, przełożyliśmy szabat na niedzielę i udajemy, że tak było zapisane w Biblii od zawsze – a potem jeszcze ja przyjeżdżam do Jerozolimy i tłumaczę mu, kiedy jest szabat?

***

– To Simson. On jest Izraelczykiem. – O, Shalom. Did you like the church? – Yes. Great show. Najbardziej podobał mi się ten kawałek, kiedy zjedliście Jezusa.

***

Jak streścić wszystkie żydowskie święta w trzech zdaniach? Oni chcieli nas zniszczyć. My przeżyliśmy. Najedzmy się.

Sięgając po „Gdzie sobota jest niedzielą” nie liczcie na kolejną opowieść z cyklu „National Geographic”. Markus Flohr nie jest  turystą odhaczającym kolejne atrakcje na liście „the best of Israel”. Nie jest to także traktat pokojowy, jakiego można by spodziewać się po Niemcu krytycznie patrzącym na historię. Najcenniejsze obserwacje to te, które przekuwają nadęty balon „narodu wybranego” pokazujące jego współczesną, zwyczajną twarz.

Można zarzucić autorowi intelektualną płyciznę, pozbawioną głębszej zadumy. Błąd. Opowieść Flohra to możliwość przyjrzenia się Izraelowi oczami przechodnia, bez czołobitności, ale z dużą sympatią dla tego narodu.

 

 

 

 

 

 

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 26 listopada 2018 w literatura 2018

 

Tagi: , , , ,

Chwilowe trudności

Sasza Korolow rodzi się z dziecięcym porażeniem mózgowym. Diagnoza wisi nad chłopcem jak wyrok. Beznadziejność sytuacji podkreśla ponura radziecka rzeczywistość, w której zdobycie wózka inwalidzkiego graniczy z cudem.

Choroba dziecka najbardziej uderza w ojca. Prosty radziecki hutnik podchodzi do niepełnosprawności syna na swój własny, konsomolski sposób. Odmawia dziecku współczucia, traktując je na równi z podwładnymi w fabryce – twardą ręką wymuszając posłuszeństwo w wypełnianiu zadań. „To wszystko chwilowe trudności” powtarza ojciec w okolicznościach, w których poddałby się niejeden gigant.

Trudna więź syna i ojca balansuje na granicy nienawiści.

Film Michała Raschodnikowa z 2018 roku jest osadzony w zgrzebnej, prowincjonalnej rzeczywistości chwiejącego się Imperium. To jednak opowieść uniwersalna, kryjąca w sobie ogromne emocje towarzyszące pokonywaniu fatum, jakie zawisło nad rodziną.

Chwytająca za serce opowieść ma w sobie siłę bajki o Brzydkim Kaczątku. Suspens, jaki czeka widza na koniec zaskakuje, choć jest po części przewidywalny. Nie zmienia to jednak faktu, że kino opuszcza się z bijącym z przejęcia sercem.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 21 listopada 2018 w kino 2018

 

Tagi: , , , , ,

Ostatni Rosjanin – Oliver Bullough

Kultura pijaństwa jest tak głęboko zakorzeniona w narodzie, że język zawiera liczne słowa opisujące różne stadia nietrzeźwości. Zapoj to wielodniowy ciąg pijacki – taki jak ten, w który wszedł Misza około Nowego Roku. Apochmielitsja oznacza wychylenie porannego klinika, jakim się zabija kaca, który jest nieodłącznym elementem kilkudniowego opilstwa. Pieriegar to woń alkoholu, którą pijakowi zionie rano z ust.

Palący problem narodu rosyjskiego widać lepiej z dystansu. Oliver Bullough dostrzega go nie tylko w podkrążonych oczach pasażerów metra i „zmęczonych” obywatelach bezwładnie spadających z parkowej ławki. Globalna plaga alkoholizmu zbiera ponure żniwo, drastycznie podbija statystyki umieralności.

Pijaństwo na umór to nie jedyna patologia, jaka toczy „ginący naród”. Lista jest dłuższa: rosnąca liczba aborcji, zatrważająca ilość zabójstw, postępujące zdziczenie obyczajów.

W 1991 roku na statystyczną Rosjankę przypadało 3,4 aborcji w życiu. Stalin zakazał przerywania ciąży, ale odkąd zalegalizowano je w 1955 roku, stało się dominującą formą kontroli urodzeń. W 1965 roku w Związku Radzieckim dokonano 8,3 miliona aborcji. W 1992 Rosjanki usunęły 3,3 miliona ciąży (…)

W 1970 roku wskaźnik zabójstw dokonywanych w Rosji był ośmiokrotnie wyższy od europejskiej przeciętnej, lecz liczby te – niezaprzeczalnie godzące w dobre imię władzy – coraz skrzętniej skrywano. W 1972 roku rząd Breżniewa zaprzestał publikowania oczekiwanej długości życia. W tej samej dekadzie ze statystyk zniknęły też dane dotyczące śmiertelności niemowląt, ponieważ wskaźnik drastycznie wzrósł z 22,9 na tysiąc w 1970 roku do 31,4 na tysiąc w 1976.

Bullough sięga głęboko, wskazując historyczne korzenie narodowego afektu do wódki pitej szklankami. Wiąże je nie tylko z beznadzieją codziennej egzystencji. Winą obarcza wpojone całym pokoleniom niewolnicze posłuszeństwo, perfidię sowieckiej władzy i wyrachowanie współczesnych elit, dla których zamroczony gorzałą naród jest plastyczną masą łatwą do manipulacji.

Niemal od początku XX wieku rząd w Moskwie uczył Rosjan, że nadzieja i zaufanie są niebezpieczne, szkodliwe i zdradzieckie. Tu tkwią korzenie społecznej zapaści, która stała się przyczyną epidemii alkoholizmu, spadku wskaźnika urodzeń, wzrostu przestępczości i niedoli.

***

Niemal wszyscy najinteligentniejsi ludzie z każdej branży i każdego miasta odbyli wyroki w gułagu, a wielu z nich zmarło w obozach. Ci, co przeżyli, nabrali nawyku posłuszeństwa, z którego kraj nigdy nie zdołał się otrząsnąć. Z kolei tacy, co nigdy nie byli w łagrach – a więc albo przyczynili się do zamknięcia tych pierwszych, albo wręcz czerpali korzyści z ich niewolniczej pracy – wolą teraz milczeć.

***

Dzisiejsza Rosja jest jakby odwróceniem Mechanicznej pomarańczy, dystopijnej powieści Anthony’ego Burgessa. Kiedy powstawała, Związek Radziecki wydawał się tak wielką potęgą, że autor zaludnił zachodnie miasta nastolatkami mówiącymi językiem upstrzonym rusycyzmami: małako (mleko), drug (przyjaciel), charaszo (dobrze). Lecz sytuacja się odwróciła. To nie zachodni chuligani używają w swym slangu odprysków rosyjskiego języka, tylko rozwydrzeni młodzi Rosjanie mówią z angielskimi wtrętami. Odzwierciedlają to bazgroły smarowane na murach wzdłuż linii kolejowej: „White Pride”, „Skinheads”, „Hooligans”.

Znaczną część „Ostatniego Rosjanina” stanowi opowieść o Ojcu Dymitrze. Historia popa, który w sowieckiej Rosji przypadkowo stał się czołowym opozycjonistą ukazuje trudny żywot duchownego w kraju totalitarnym. Kraju, który cerkwie ustawowo przemianował na „univermagi” i magazyny zbożowe.

Oficjalna literatura wciąż wysławiała radzieckie postępy w służbie zdrowia oraz na polu rekreacji. Notatki ojca Dmitrija przedstawiają coś zupełnie innego: obraz rozpaczy. Stalinowskie przeprogramowanie rosyjskiej duszy bynajmniej jej nie uszczęśliwiło. Zamiast radosna, stała się chora.

Ojciec Dymitr zalicza upadki, wpada w moralne pułapki zastawione przez NKWD i z piewcy moralnej czystości zmienia się w systemowego populistę. Jego historia jest jak historia całego narodu sprowadzonego do roli masy trzymanej za uzdę przez wyrachowanych ojców narodu.

Momentami niełatwa, ale pouczająca opowieść o narodzie, który postanowił unicestwić sam siebie.

 

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 21 listopada 2018 w literatura 2018

 

Tagi: , , ,

The Florida Project

Halley sama ledwie wyrosła z dzieciństwa a już zmuszona jest samotnie wychowywać córkę. Niełatwa sztuka bycia matką na granicy ubóstwa sprowadza Halley z córką Moonee do podupadającego motelu na obrzeżach Orlando.

Kiedy matka z trudem stara się zarobić na życie, córka szwenda się po okolicy jak bezpański pies. Ciężkie życie młodej matki i jej kilkuletniej córki kontrastuje z tłem – wściekle różowym, choć zrujnowanym się motelem, Disneylandem tuż za miedzą czy eksplodującą bujnością tropikalną roślinnością wokół.

Brak pomocy i społecznej empatii wpycha młodocianą matkę w objęcia ciemnej strony mocy.

Jedynym wrażliwym w tym cukierkowo – okrutnym świecie okazuje się hotelowy manager i „złota rączka” Bobby (Willem Dafoe). To on jako jedyny podejmuje rozpaczliwą próbę wyciągnięcie Halley i Moonee z otchłani.

Okrzyknięty arcydziełem „The Florida Project” w gruncie rzeczy rozczarowuje. Oko kamery podążające w większości czasu za dokazującymi dzieciakami, które zapracowane matki pozostawiają bez opieki dosyć szybko męczy nietrudną do rozszyfrowania krytyką społeczną. Choć głównej bohaterce (Bria Vinaite – „naturszczyk”, pierwszy raz na ekranie) nie sposób odmówić naturalności, na wysokim C gra tu wyłącznie Willem Dafoe. Jego zmęczona, poorana wiekiem twarz robi wrażenie.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 26 kwietnia 2018 w kino 2018

 

Tagi: , , , ,

Kochanie zabiłam nasze koty – Dorota Masłowska

kochanie-zabilam-nasze-koty„Kochanie zabiłam nasze koty to wypadkowa, jak to zwykle bywa z powieściami, przejęcia losem ludzkości i różnych osobistych udręk. (…) Wreszcie- bezustanne zadziwienie kondycją duchową nowego człowieka. Człowieka wolnego, żyjącego poza takimi anachronicznymi, zaśmiardującymi molami kategoriami jak duchowość, religia, polityka, historia.

Człowieka w związku z tym bezjęzykowego, człowieka którego mową ojczystą jest Google Translator. Aktualnie mam więc nadzieję że będą lubili Państwo moją nową książkę.

I że zrobi ona Państwa dzień”

Wstęp Masłowskiej dobrze oddaje sens tej krótkiej powieści. O ile o sensie jako takim w ogóle można się w tym wypadku wypowiadać. Azaliż zawżdy gżdy sensu jest nad wyraz skąpo. W warstwie podstawowej opowieść toczy się wokół dwóch („zasadniczo” jak mawiali bohaterowie u Barei) dziewczyn jednej hipsterki, jednego osobnika płci męskiej oraz jednego nerda. Dzieje się za to w języku oraz w tym co między wierszami. Masłowska jest mistrzem obu elementów. Język choć nie tak spektakularny jak w poprzednich książkach nadal jest precyzyjnym narzędziem satyry. Dygresje, domysły i nawiązania pojawiają się natomiast na każdej stronie. Słowem: to co fajne, schowane jest w potoku słów.

Konstrukcja oddaje ducha naszych czasów. Tabloidowe treści porządkują głupoty na ważne i ważniejsze, nadając sens rzeczom bez znaczenia. Przyglądając się uważnie bełkotowi codzienności można świetnie się bawić, choć „zasadniczo” nie z tego samego co elita prenumeratorów „Faktu”.

Autorka nie szczędzi razów nikomu, szydząc z trendsetterów, hipsterów, stylistów pijących sojowe latte z syropem waniliowym na równi z garniturowo -garsonkowych elit. Obie frakcje w gruncie rzeczy są podobne – jednakowo puste emocjonalne, samotne, gnające za czymś co wydaje się być wartością ponadczasową (jak szpilki od luiwitą-balenciaga-dżimiczu lub zlepkiem szmat z lumpeksu o absolutnie niepowtarzalnym wzorze).”Kochanie zabiłam nasze koty” wymaga nieco wysiłku. Intelektualnego raczej, gdyż „zasadniczo” książka ciężka nie jest. Warto przeczytać ją w nieco większym skupieniu niż pożeranie rubryki „najbardziej obciachowi w tym tygodniu”. Być może (to już mocno kontrowersyjne) nawet dwukrotnie. Azaliż każdy mieszczuch znajdzie tu coś o sobie.

 

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 11 lutego 2015 w literatura 2015

 

Tagi: , ,