RSS

Archiwum kategorii: kino

Frontera

frontera

Temat meksykańskiej granicy to dla Ameryki wciąż palący problem. Bez poczciwych latynosów najpotężniejszy stan USA – Kalifornia – zupełnie przestałby funkcjonować (no, chyba że mocno stanieją loty z Polski). Na przeciwnej szali leżą odwieczne fobie bogatego kraju – strach przed biedotą z Południa, rasizm, zorganizowana przestępczość.

Emigranci oddają w ręce „Coyotes” (przemytników) nie tylko własny majątek, ale też własne życie. Mimo to do USA wciąż wlewa się strumień ludzi szukających lepszego losu. A z nimi pojawiają się hieny żerujące na ludzkich słabościach.

Dramat Michaela Berry próbuje zgrabnie odmalować wszystkie odcienie i ująć złożone relacje dwóch światów w alegorycznych losach osób z pogranicza. Nie do końca mu się to udaje. To trudna sztuka, kiedy korzysta się jedynie z czarnej i białej farby.

Ziemie Roya (Ed Harris) przylegają do pasa granicznego pomiędzy USA a Meksykiem. Bezdroża są terenem działań „Coyotes” – przemytników. Jednym z ludzi chcących dotrzeć do ziemi obiecanej jest Miguel (Michael Pena). Przypadek wkręca Miguela w spiralę problemów, której początkiem jest tragiczny w skutkach upadek żony Rona.

 

„Frontera” to film, z którego mieszkańcy amerykańskiego Południa zapewne rżą jak na dobrej komedii.

Wycięty z marmuru Ed Harris uosabia chodzące sumienie Ameryki. Z głębi najczarniejszej żałoby niczym Chuck Norris dostrzega, że „coś tu nie gra”. Zamiast dyszeć z nienawiści, bezbłędnie rozpoznaje, który z meksykańskich zbirów pałętających się po bezdrożach jego rancza jest dobrym materiałem na nowego Amerykanina. W obronie dobrego Mexa dobry Roy (Ed) staje przeciwko całej złej i skorumpowanej machinie policyjnej. Pod jego stalowym wejrzeniem sprawiedliwości szybko pęka skorupa zmowy a małe policyjne żmije wiją się u stóp bełkocząc: „pszszszeeepraszszszssssam”.

„Frontera” to rodzaj amerykańskiej agitki. Łopoczącego gwiaździstego sztandaru tu nie ma – zastąpił go stalowy wzrok dobrego Eda Harrisa. Autorom zabrakło nieco zdrowego dystansu, przez co film może wydawać się zbyt patetyczny. Ale w końcu co my tu o tym wiemy, na wschodnich rubieżach zachodniego świata.

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 3 listopada 2016 w kino 2015

 

Tagi: , , , ,

Love

LoveGaspar Noe, filmowiec aspirujący do miana największego skandalisty kina, nie jest pierwszym, który wprowadza porno na salony. Kobiece ciała stały się w kinie czymś powszechnym, a męski wzwód miał już swoje 5 sekund sławy w pełnej krasie. Oczywiście poza różową branżą. Pewnym novum jest jedynie radosna ejakulacja – dotychczas wstydliwie skrywana przed okiem kamery i zarezerwowana dla kina XXX.

Wijące się ciała z przyklejoną łatką skandalu serwował inny artysta z Europy – Lars von Trier. Przed nim jednak było kilku innych niemniej obrazoburczych w swoim czasie. Na przykład Bernardo Bertolluci. O ile Noe błysnął wśród nobliwych kolegów rzeczoną dosłownością to na tle psychicznej perwersji serwowanej przez von Triera czy Bertolluciego pozostaje skautem podglądającym kąpiącą się drużynową.

Historia Amerykanina w Paryżu (jedna z wielu „gasparowych” dygresyjek w filmie) i Francuzki Electry odarta z przekraczających obyczajowość scen to stary poczciwy dramat o miłości.

Kiedy Murphy otrzymuje telefon od matki Electry, jego myśli wracają do burzliwego związku z dziewczyną. Większość scen filmu i jego zasadnicza treść to retrospekcja dobitnie podkreślająca beznadziejne położenie bohatera. Beznadziejne z niego punktu widzenia – tkwiącego w nudnym związku i wspominającego ekscytujące czasy eksperymentowania z Elektrą jak dwa bieguny życia.

Znajomość, która zaczyna się pierwszymi nieśmiałymi randkami, rozwija się w erotyczną fascynację prowadzącą do coraz śmielszych eksperymentów. „Czym dalej w las…” mógłby spuentować Noe swój pomysł na film.

Banalny morał opowieści o miłości dynamizuje agresywny montaż. Sceny z artystyczną swadą przeskakują bez ostrzeżenia z przeszłości w przyszłość i z powrotem, a ich inteligentne sklejanie wprowadza niejednokrotnie widza w lekki zawrót głowy.

„Love” serwuje widzowi pełne sekwencje seksu, w czym Gaspar Noe upatrzył swój sposób na przekroczenie dotychczasowych granic obyczajowości. Fakt – tak ostro w kinie jeszcze nie było. Dodajmy do tego „3D” a uzyskamy efekt „wow!”.

„Love” miał szczęście wejścia na polskie ekrany przed Wyborami. Nowy minister kultury zapewne dostałby pąsów na sam anonimowy donos co się w tym filmie wyprawia, a my bylibyśmy zmuszeni do oglądania „Love” w drugim obiegu niczym niemieckie „świerszczyki” na VHS-ie 🙂

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 10 lutego 2016 w kino 2015

 

Tagi: , , , , ,

Star Wars – The Force Awakens

Star-Wars-The-Force-AwakensPrzebudzenie nostalgii. Pięćdziesięcioletni J.J. Abrams staje się etatowym reanimatorem legend, a przy okazji i gwiazd. I nie o Gwiazdę Śmierci tu chodzi (chociaż o nią też).

Po wyjściu na światło dzienne faktu, że kolejny cykl Gwiezdnych Wojen zrealizuje Abrams – reżyser ostatnich dwóch „Star Treków”, wielu fanów ogarnęło przerażenie.

Bez strachu – pięćdziesięciolatek wychował się po właściwej stronie mocy.

„The Force Awakens” to dobrze odrobiona praca domowa reżysera, który miał 11 lat gdy obejrzał „Nową Nadzieję”. W filmie widać rękę człowieka ceniącego trzy najbardziej klasyczne części i wyciągającego wnioski. J.J. Abrams uniknął nie tylko pomieszania dwóch kanonów S-F (dla niewtajemniczonych: „Star Trek” i „Star Wars” 🙂 ), ale zgrabnie wybrnął z zapędów Disneya do odwrócenia kolejności film – merchandising.

Słowem – w filmie nie ma szczęśliwie Jar Jarów i innych pluszowych stworków koncepcyjnie gotowych do zestawów „Happy Meal”. Każde z pokoleń fanów znajdzie i tak coś najbliższego sercu – od robota piłeczki po sarkastycznego Hana Solo.

Przeładowana wątkami i bohaterami fabuła niezbyt klarownie wykłada o co tak naprawdę chodzi. Enigmatyczny „The First Order” pojawia się znikąd podobnie jak kilku złych bohaterów. Oczywiście jest też kilku dobrych, śmiesznych i wzruszających. Pojawienie się na ekranie Hana Solo, Księżniczki Lei, Chewbaccy czy R2D2 wywołuje na sali okrzyki zachwytu. Podobnie jak rozczarowanie fizjonomią głównego bohatera Ciemnej Strony Mocy, czy wręcz karykaturalna postać największego mistrza „Nowego Porządku”. Ten ostatni żywcem wyjęty z komputerów, na których rysowano „Władcę Pierścieni”, wywołuje zresztą raczej jęk rozpaczy.

Wątki, galaktyki, nowe miecze świetlne i inne niuanse nowego „odcinka” sagi wzbudzą zapewne niekończące się dyskusje w internetach.

„Przebudzenie Mocy” to z pewnością najgorętsza premiera ostatnich miesięcy. Mogło być lepiej (jak zawsze) ale w czasach potężnych komputerów graficznych nie ma powrotu do retro klimatów z początków kariery George Lucasa.

Nowi bohaterowie powoli wypierają starych, roboty są wieczne, Rebelianci triumfują a zło wciąż buduje nowe modele Gwiazdy Śmierci. Jest dobrze. Jest nowa nadzieja 🙂

 

 

 
3 Komentarze

Opublikował/a w dniu 31 grudnia 2015 w kino 2015

 

Tagi: , , ,

Ziarno Prawdy

Ziarno PrawdyDruga z powieści Zygmunta Miłoszewskiego miała więcej szczęścia w kinie niż słabiutkie „Uwikłanie”. Być może to zasługa nie tylko Borysa Lankosza, któremu udał się także „Rewers”, ale samego pisarza zaangażowanego w reżyserię. Nikt tak jak on sam nie mógłby pokierować ekranizacją drugiego kryminału z cyklu „Teodor Szacki”.

Warszawski prokurator trafia „na wygnanie” do Sandomierza. Miasto, w którym największymi sprawami były dotychczas kradzieże komórek przeżywa szok po odnalezieniu bestialsko zmasakrowanych zwłok. W sandomierskim światku denatka uchodziła za osobę bezkonfliktową, prawdziwego „anioła”. Teodor Szacki zaczyna dochodzenie nie tylko z łatką warszawskiego dupka w garniturze, ignoranta i człowieka niemającego pojęcia o mieście. Ambitny prokurator zaczyna dochodzenie, w którym podejrzanym jest całe otaczające go środowisko. Dowody wprost wskazują na mord rytualny, ale dla doświadczonego prokuratora to zbyt grubo ciosana teoria.

Ziarno Prawdy” jest doskonałym kryminałem. Miłoszewski po mistrzowsku wplótł w klasyczny kształt powieści o dzielnym prokuratorze (policjancie, dziennikarzu itp.) małe polskie traumy. Urągający dużej części społeczeństwa podział na Polskę „A” i „B”, głęboko zakorzeniony antysemityzm czy polskie przywary kłótliwości i zawiści mają tu swoje małe role. Przywar nie brakuje i samemu superbohaterowi ze Stolicy.

Filmowcom udało się zachować ducha powieści i – pomimo niezbędnych ograniczeń taśmy filmowej – nadać historii książkowy puls. Świetnie filmowany nocny, zamglony Sandomierz nasącza film swoją tajemnicą.

Oczywistym plusem ekranizacji jest główny bohater. Udział Roberta Więckiewicza w kolejnym filmie może początkowo wywołać jęk rozpaczy – znowu on! Nie ma jednak lepszego kandydata na Szackiego.

Więckiewicz to stary wyjadacz a do roli zgorzkniałych i sponiewieranych życiem „komisarzy” jakby się urodził. W jego grze jest sporo cech Mikaela Blomkvista z „Millenium” – to zaleta, nie wada. Polski bohater kryminału wreszcie przestał przypominać wiecznie żywego Borewicza, z jego peerelowskim obnoszeniem się luksusowymi „Caro” z filtrem.

Reasumując – całkiem udany film kryminalny, z inteligentną intrygą i ciekawym zakończeniem (tym razem bez radosnych zmian w pijanym widzie reżysera).

 

 

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 31 grudnia 2015 w kino 2015

 

Tagi: , , , , , ,

300 – Rise of an Empire

300-Rise-of-an-EmpireOrgia przemocy pod otoczką semi-komiksowej stylistyki. Siedem lat po odkrywczej ekranizacji komiksu Franka Millera „300” kino próbuje odciąć kupony sławy i kasy od popularności „pierwszej części”.

„300 Rise of an Empire” podobnie jak poprzednik opiera się na gotowym skrypcie komiksowego geniusza. „Xerxes*” – bo o tym komiksie Franka Millera mowa – przyprawiłby o dreszcze każdą panią od historii.

Tu i teraz filmu to opowieść o próbie zjednoczenia greckich państw w obliczu perskiego zagrożenia, ze zwieńczeniem w postaci jednej z największych bitew morskich starożytności – bitwy pod Salaminą. Jest tu także miejsce na przypomnienie Spartan pod Termopilami, pustoszenie Grecji przez Persów  i śmierć Dariusza, ojca Kserksesa (a więc stary jak świat motyw zemsty).

Pani od historii nie byłaby jednak zadowolona z „Początku Imperium”. Historia nie jest mocną stroną producentów z Hollywood a wierność starożytnym księgom była najmniejszym ich zmartwieniem.

Noam Murro spotęgował mocne akcenty, doprowadzając wizualnie swój film do miana przygodowego slashera. Krew „artystycznie” leje się beczkami (kubły to za mało), absurdy grawitacyjne i abstrakcje scenariuszowe zabiją każdego racjonalistę. Nie o to jednak tu chodzi, żeby kontestować głupotę twórców. „300: Rise of an Empire” miało na celu przebicie docenianego pierwowzoru. To karkołomne założenie.

„300” uznany został za film w swoich kategoriach wybitny, podobnie jak „Sin City” śmiało mierzący się z niemożliwością ożywienia komiksu. Ruchome obrazki okazały się czymś więcej niż próbą ekranizacji – powstał film nowatorski, który genialnie przełożył papierową historię Millera na celuloidową rolkę filmu.

„Początek Imperium” nie mógł powtórzyć stylistyki „300” posługując się inną epopeją helleńskiej historii – w takim wypadku zostałby uznany wyłącznie za marną kopię. W szaleństwie Noama Murro jest więc metoda: więcej krwi i więcej bitew w kolorze czerni i czerwieni. I niech będzie głośno, na wszystkich bogów!

Reżyser nie przejął się brakiem doborowej obsady „300” (wszakże Leonidas w wydaniu Butlera umarł tylko raz). W roli pierwszoplanowej obsadził wprawdzie nijakiego Stapletona (Temistokles), ale wynagrodził widzom kreacją demonicznej Eva Green. Jej rola Artemizji przyćmiła największego bad-boya Kserksesa – nomen omen „tytułowego” (komiksowo) bohatera tej fabuły.

„300: Rise of an Empire” niczym dzielni Grecy pod Termopilami stawił czoła legendzie swojego „prequela”. Choć z tej potyczki nie mógł wyjść z tarczą, udało mu się mężnie stanąć do walki i nie zginąć od pierwszego ciosu.

Konsekwentnie jednak odradzam oglądanie wrażliwym paniom od historii – chyba, że byłaby to chytra alternatywa dla Chipendales Show.

  • uwaga! imię Xerxes nie jest kryptoreklamą sprzętu biurowego.
 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 31 grudnia 2015 w kino 2015

 

Tagi: , , , , ,

Cobbler

The-CobblerZnużony codziennością Max Simkin zarabia na życie naprawą butów. Odziedziczony po ojcu i dziadku mały sklepik w Nowym Jorku kryje tajemnicę w piwnicy. Kiedy Max używa starej ręcznej maszyny swoich przodków, dzieją się magiczne rzeczy.

Komedia fantasy o szewcu chodzącym w „nieswoich butach” to miły, niezbyt skomplikowany film. Zaskakująco dobrze wypada w nim Adam Sandler – przeważnie wydurniający się w głupawych komedyjkach. Jako nowojorski szewc wpisuje się w fantastyczny klimat bez slapstickowych chwytów i głupich min, tworząc ciepłą i wiarygodną kreację. „Szewca” wzmacnia nie najgorsza obsada: Steve Buscemi i Dustin Hoffman (choć ten ostatni w roli epizodycznej).

Historia nie uniknęła scenariuszowych wpadek, nie należy więc zbyt mocno doszukiwać się logiki (a z tą bywa różnie, szczególnie pod koniec). Sensem „Cobblera” jest  rozrywka bez nadmiernego myślenia. Filmowi bliżej do ekranizacji bajek o różnorakich księżniczkach w Nowym Jorku, niż produkcji dla dorosłego widza.

„The Cobbler” czyli po prostu „szewc” polski dystrybutor wyświetla jako „Magik z Nowego Jorku”. Najwyraźniej słowo szewc zapachniało tłumaczowi wulgaryzmami pijanego rzemieślnika i obawiał się złych skojarzeń 🙂

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 31 grudnia 2015 w kino 2015

 

Tagi: , , ,

True Story

True storyHistoria spotkania dwóch ludzi: dziennikarza New York Times’a Michaela Finkela z mordercą Christianem Longo. Nie jest to może dzieło wybitne, ale na tle klasyków gatunku (choćby „Dead Man walking”) wypada całkiem dobrze.

Dla dziennikarza skompromitowanego i usuniętego z topowej gazety przypadek staje się ostatnią deską ratunku. Ukrywając się w Meksyku Longo podawał się właśnie za Finkela. Niczym Truman Capote z jego „Z zimną krwią” Finkelowi marzy się powrót na rynek wydawniczy w glorii wybitnego dziennikarza faktu.

Gorliwość i słabo skrywane podniecenie wykorzystuje Longo – pozornie skrywający głębsze, dramatyczne przemyślenia morderca.

 

Nieznana bliżej dla polskiego widza sprawa zabójstwa żony i trójki małych dzieci jest popisem pary aktorów, którzy pojawili się już razem na ekranie w nieco lżejszym repertuarze. Finkela gra Jonah Hill, Longo – James Franco. Obaj aktorzy rzetelnie odgrywają swoje role, z lekkim wskazaniem na Franco. To właśnie dzięki Jamesowi Franco nadającemu swojemu bohaterowi aureolę tajemnicy film trzyma w niepewności (prawie) do końca.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 31 grudnia 2015 w kino 2015

 

Tagi: , , ,

Exodus – Bogowie i Królowie

ExodusMojżesz – biblijny przywódca Izraelitów, święty, prorok, ten który wyprowadził naród wybrany z Egiptu i zawiódł do Ziemi Obiecanej.

Mojżesz widziany oczami Ridleya Scotta ma twarz Christiana Bale. Tą samą twarz miał inny nieugięty bohater – Batman.

Reżyser zaczyna swoją opowieść od scen batalistycznych, w których przyszły brodaty matuzalem bryluje na polu walki opancerzony po zęby. Walczy u boku swojego przyjaciela – faraona Ramzesa. Zażyła bliskość z władcą – bogiem Egiptu i sława niezłomnego wojownika tworzą podwaliny historii, której osią stanie się przekornie nie nieuchronna biblijnie sprawiedliwość dla narodu żydowskiego, ale rywalizacja dwóch przepełnionych testosteronem facetów. Proroctwo kapłanki Ramzesa nieuchronnie skieruje opowieść na kolizyjne tory.

„Exodus” nie jest filmem familijnym na pierwszy dzień Świąt. Sceny z ratowaniem baranków i monumentalne chorały radujące serce nie są tu częstym gościem. W pierwszej części Mojżeszowi bliżej jest do Batmana niż biblijnego starca z kosturem. Po osiągnięciu apogeum filmowego napięcia – w zasadzie jednej dynamicznej sceny obrazującej plagi egipskie (trzeba przyznać spektakularnej i pomysłowej) – tempo nie siada. Rydwany bojowe Ramzesa mają misję do spełnienia a widz doskonale pamięta o rozstąpieniu się morza.

Ridley Scott zna się na rzeczy. Tam gdzie może, podbija historię do filmowego górnego „C”, tam gdzie należy ją wyciszyć, zręcznie unika ckliwych biblijnych cytatów. Widać to choćby w zdumiewającym spotkaniu z Bogiem i późniejszymi z nim zmaganiami. Nie ma tu miejsca na obraz dziada gadającego do palącego się krzaka, jest mrugnięcie okiem do widza.

Podobnie ma się rzecz z boską interwencją. „To potrwa wieki” mówi pod nosem jeden z antycznych terrorystów obserwując jak Mojżesz zabiera się do walki z Egiptem.

Co ciekawe „Exodus” nie pielęgnuje modnej maniery hollywoodzkiego realizmu, z jego dbałością o dokładną scenografię z epoki i teorie „jak to naprawdę mogło być”. Owszem – Mojżesz nie ma już brodu prosto od fryzjera a brudnym zaułkom bliżej jest do District 9 niż wspomnianego kina familijnego, ale na tym koniec. Film ten nie poszedł w stronę „Noe”  i w gruncie rzeczy bliżej mu do wielkich produkcji typu „Kleopatra”. Scenarzyści jawnie wzorują się na wielkich hollywoodzkich produkcjach sprzed 50 lat.

Prócz kilku sprytnych uników i jednej podejrzanej próby interpretacji biblijnego cudu Ridley Scott nie wdaje się też w polemiki. W Biblii widzi przede wszystkim dobrą historię i będąc starym wygą nie traci okazji na stworzenie monumentalnego widowiska.

„Exodusu” nie można przeżywać w skali mistycznej. To doskonała rozrywka i wizualizacja na miarę naszych czasów. Z Mojżeszem o twarzy Batmana.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 31 grudnia 2015 w kino 2015

 

Tagi: , , ,

Youth

youth-poster„[Claude Debussy] ma widoczną, a nawet zbyt widoczną skłonność do poszukiwania niezwykłości. Stwierdza się u niego poczucie barwy muzycznej, wszelako nadmiar tego poczucia każde mu łatwo zapominać o znaczeniu precyzji w rysunku i formie. Należałoby sobie wielce życzyć, aby wystrzegał się owego mętnego impresjonizmu, który jest jednym z najgroźniejszych wrogów prawdy w dziełach sztuki” napisano krytycznie o Claude Debussy. 

Paolo Sorrentino to impresjonista kina. Po uznanym za wybitny „La Grande Bellezza”, udowadnia to najnowszym „Youth”, z którego obrazy krzyczą do widza głośniej niż najgłośniejszy narrator. Niemalże każdy kadr można oprawić w ramę i powiesić w galerii.

Okolice szwajcarskiego Davos czarują nie po raz pierwszy. Momentami na ekranie pojawia się Hotel Schatzalp – miejsce magiczne z innego znaczącego dzieła kultury światowej – „Czarodziejskiej Góry”. Choć reżyser odżegnuje się od cytowania Tomasza Manna, dygresja intelektualnej podróży wgłąb ludzkiej świadomości jest doskonale czytelna.

Kompozytor Fred Ballinger (Michael Caine) i reżyser Mick Boyle (Harvey Keitel) od lat ładują baterie w świątyni spokoju. Pierwszy z nich z uporem staruszka odmawia zaszczytu dyrygentury przed angielską królową (!!) ostentacyjnie podkreślając swoją emeryturę. Drugi wciąż goni za dziełem życia, chciwie eksploatując grupkę wpatrzonych w niego współpracowników.

Pośród monumentalnych krajobrazów szwajcarskich Alp panowie prowadzą rozmowy nie tylko filozoficzne (przemijanie, sens życia), ale też zaskakująco przyziemne. Mądrość jesieni życia przeciwko banalnie zacierającej się pamięci. Zderzenie prostaty i pięknego umysłu to nie jedyna konfrontacja w filmie.

Kolejną jest piękno versus brzydota. Ta pierwsza pod postacią bujnej młodości i młodzieńczej  naiwności. Druga w osobie workowatych, pomarszczonych, szurających kapciami starców. Basenowe zderzenie nagiej Miss Universum z mrukliwymi osiemdziesięciolatkami podkreśla to najdobitniej.

„Grande Bellezza” z jego rozedrganym i żarłocznym modernizmem był krytyką współczesności. „Youth” to wyciszona zaduma nad przemijaniem.

Czym zatem jest młodość? Paolo Sorrentino odpowiada pokrętnie – zapytajcie starości. Czysty impresjonizm kina.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 30 grudnia 2015 w kino 2015

 

Tagi: , , , ,

Automata

automataJacq Vaucan (Antonio Banderas!) chce tylko dobrze wykonać swoją robotę. Ma do utrzymania żonę i – wkrótce – dziecko. Dobra praca daje mu szansę mieszkać w enklawie ludzkości. W odróżnieniu od wielu nieszczęśników poza tą strefą, Jacq jest chroniony potężnym murem od stref promieniowania i śmierci.

Zredukowana do nielicznych ludzkość posługuje się robotami, które odwalają całą robotę. Czasem jednak się psują lub wyczyniają dziwne rzeczy. Produkująca roboty firma ROC wysyła wtedy swojego agenta ubezpieczeniowego dla sprawdzenia co jest przyczyną. Kiedy jedna z maszyn zostaje rozstrzelana przez nadpobudliwego gliniarza, Vaucan rozpoczyna śledztwo mające na celu odkrycie kto manipuluje robotami wbrew prawu.

Czy ten scenariusz czegoś przypadkiem nie przypomina? Zbieżność z „I, Robot” i „Bladerunner” narzuca się w sposób oczywisty. Na szczęście „Automata” to coś więcej, niż europejska imitacja wysokobudżetowych amerykańskich blockbusterów.

Gabe Ibanez tworząc swoje „hiszpańskie S-F” czerpie garściami od najlepszych. Pierwsza i nastrojowo zdecydowanie lepsza część filmu to obrazek niemalże wyjęty z Bladerunnera – mroczne i brudne miasto, zalewane strugami radioaktywnego deszczu i roświetlane tysiącem neonów i hologramów.

Gdy akcja przenosi się na pustynię, wkraczamy w klimaty bliższe Mad Maxowi. Pustynne bezdroża i opuszczone rdzewiejące kombinaty to tani sposób na wizualizację postapokaliptycznej Ziemi. Niestety światło obnaża zbyt wiele. Ten mankament stanowi o słabszej części opowiadania również w przypadku „Automaty”. W tej części opowieści Ibanez brnie także w wtórne filozofie pytające o przyszłość ludzkiego gatunku i mariaż ludzkości z robotyką.

Pomimo małych wpadek scenariuszowych i rozwadniającego się z czasem napięcia Ibanezowi udało się stworzyć porządne widowisko S-F. Raz jeszcze potwierdza się stara prawda – można stworzyć coś ciekawego nawet bez olbrzymich pieniędzy i zaplecza efektów specjalnych jeśli tylko pomysłowość i dobry skrypt stoją na wysokim poziomie.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 30 grudnia 2015 w kino 2015

 

Tagi: , , , ,