RSS

Archiwa tagu: spisek

Największe kłamstwa historii – Frank Fabian

Książka nurtu „historia sensacyjna” przedstawia kilka czołowych postaci historycznych, pod znakiem zapytania stawiając ich wpajaną przez wieki glorię i chwałę.

Rozpoczyna się wysokim „C” informując:

Źródła, mówiąc krótko i oględnie, są skąpe. Z punktu widzenia stricte naukowego Mojżesz nie istniał. Jest postacią legendarną, ahistoryczną

(…) Wniosek jest jeden: Pięcioksięgu nie napisał Mojżesz. Dzieło powstało w ciągu 1200 lat, a jego autorami prawdopodobnie są kapłani. Wielu, może 50 lub nawet stu, choć jak dotychczas, uznaje się tylko czterech.

Następnym na stole historycznej wiwisekcji jest Juliusz Cezar. Oskarżany o manipulacje wizerunkiem, chciwość i butę graniczącą z obsesją, miał też być w gruncie rzeczy nikczemnikiem, przed którym słusznie ostrzegali współcześni mu myśliciele.

uwielbiany i podziwiany Cezar w istocie miał duszę czarną jak kruk, której dotąd nikt tak naprawdę nie odsłonił.

Aleksander Wielki, ikona hellenistycznej Europy? Proszę bardzo:

W jaki sposób udało się temu pijakowi, rzeźnikowi, prawdopodobnie ojcobójcy, mordercy przyjaciół i katowi żołnierzy zachować do dziś reputację wielkiego człowieka i genialnego wodza? To naprawdę istotne pytanie.

Napoleon miał też cechy sadystyczne. Lubił ciągnąć ludzi za uszy, nieraz tak mocno, że je nadrywał. Miewał nieopisane ataki wściekłości, wprost furii.

Kolumb zgotował tubylcom sadystyczną rzeź z użyciem psów. W tym celu kazał sprowadzić z Hiszpanii całe stada posokowców Perro corso, którymi następnie szczuto Indian.

W książce znalazły się także teorie na temat Jezusa w ujęciu Nowego Testamentu, męczenników Kościoła (tym w większości zmyślono historie męczeństwa) czy sławetnego rodu Borgiów (usuwających oponentów za pomocą trucizny „cantarelli” składającej się z arszeniku i nierzadko dodawanej do mszalnego wina.

Swoje rozdziały mają też Mahomet, Machiavelli, Otto von Bismarck i Marcin Luter.

Dzieło Franka Fabiana może być lekturą uzupełniającą i barwną historią obyczajową gdy traktuje się je z lekkim przymróżeniem oka. Do wykładni historii jako takiej, raczej się nie nadaje. Fabian wyciąga z historii powszechnej tylko te wątki, które pasują do jego teorii. A te mają głównie udowodnić, że dana postać historyczna była mniej spiżowa, niż się to wszystkim wydaje. Prawda historyczna jest relatywna.

 

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 8 września 2018 w literatura 2018

 

Tagi: , , , , ,

Mark Felt -The Man Who Brought Down the White House

Przed wyborami 1972 kandydatura Richarda Nixona na drugą kadencję w Białym Domu była zagrożona. W 1972 Nixon miał już sporo za uszami. Już w 1962 wyszły na jaw nieczyste zagrywki polityka w walce o fotel gubernatora Kalifornii. Jako prezydent Nixon rozwinął skrzydła, zlecając kolejne brudne fuchy i bez ograniczeń korzystając z facetów od śliskiej roboty.

Niszczenie i podrabianie dokumentów, szantaże czy gra prowadzona pomiędzy CIA, FBI i najwyższymi urzędnikami w państwie miały na celu eliminację przeciwników politycznych i parlamentarnej opozycji. W 1971 roku zagrożony spadającym poparciem prezydent – kandydat raz jeszcze spróbował swojej ulubionej metody dyskredytacji przeciwnika. Jego ludzie podłożyli lewe papiery i założyli podsłuchy u konkurencji, ale dali się złapać na gorącym uczynku.

Wynajęcie pięciu włamywaczy, którzy weszli do biur demokratów w kompleksie Watergate doprowadziło do skandalu. I tym razem urzędujący prezydent nie wahał się skorzystać ze wszystkich możliwych środków nacisku i manipulacji.

Nixonowi udało się wygrać po raz drugi. Prezydentem byłby jeszcze długo, gdyby nie przeciek z FBI. Przez lata nie było jasne kto przesyłał do „Washington Post” najbardziej strzeżone informacje o Watergate, ale to dzięki nim 37-y Prezydent USA jako jedyny w historii tego kraju musiał ustąpić ze stanowiska.

Tożsamość wtyczki operacyjnie nazwanej „Głębokim Gardłem” 🙂 została ujawniona dopiero w 2005 roku. Jedynym sprawiedliwym okazał się Mark Felt, wicedyrektor FBI.

„The Man Who Brought down the White House” ucieszy miłośników politycznych łamigłówek. Trochę mniej ucieszy odtwórca roli tytułowej Liam Neeson, który wciąż kojarzy się z facetem rozwiązującym problemy własną piąchą (no, może z wyjątkiem roli Oscara Schindlera).

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 24 Maj 2018 w kino 2018

 

Tagi: , , , , ,

Geostorm

Nękana katastrofami naturalnymi Ziemia staje w obliczu zagłady. Projekt „Holender” ratuje ludzkość przed anihilacją. Skomplikowaną sieć satelitów, sterowaną z olbrzymiej stacji kosmicznej nadzoruje Jake Lawson (Gerard Butler). Pyskaty pan Lawson zostaje ostawiony na boczny tor przez żądnych władzy absolutnej polityków. Nu pagadi! Jeszcze wrócą do niego na kolanach, jak stacja zacznie skrzypieć i wymagać naoliwienia! Tak też się staje. Ludzkość wystrzeliwuje Lawsona w kosmos, żeby dzielny „Handy Andy” sprawdził kompetencje pozostałych tysiąc czterystu inżynierów. W samą porę, bo zbliża się Geostorm – zsynchronizowany festiwal katastrof. Tylko dzielny hydraulik Jake może coś z tym zrobić. Zupełnie jak pan Edek z karuzeli. On też uratował świat przed zagładą.

Gerard Butler wyrasta na tytana kina drugiej świeżości. Kto wie, wkrótce może zdeklasować mistrza Nicolasa Cage w dorobku ról drewnianych.

Znamienite jest to, że gdy Butler pojawia się na ekranie, ktoś z pewnością dostanie w pysk. Tak będzie i tym razem, choć reżyser chytrze ubrał Butlera w strój naukowca.

Twórcy „Geostorm” postarali się stworzyć dzieło monumentalne. Skorumpowani politycy wywołują kataklizmy jednym pociągnięciem wajchy. Wajcha w górę i kataklizm staje jak posłuszny kundel. Sekretarz Stanu USA strzela z bazooki. Pani ochroniarz okazuje się mistrzem akrobacji. Są też dobrzy Niemcy i Francuzi (jednakże ci ostatni z podejrzanym pyskiem). Bezsensy mnożą się bez końca. Patetyczna akcja w kosmosie to i tak nic w porównaniu z wyczynami spoconego brata Maxa na ulicach Orlando. Wszystko przebija robota facetów od efektów komputerowych. Kataklizm na brazylijskiej plaży czy przyczajone tsunami za wydmą na pustyni? Nie wiem któremu przyznać palmę katastroficznego bezsensu.

Tego się nie da opowiedzieć, to trzeba koniecznie zobaczyć.

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 14 lutego 2018 w kino 2018

 

Tagi: , , ,

Akta Odessy – Frederick Forsyth

Niemiecka Republika Federalna, rok 1963. Niemiecki dziennikarz Peter Miller otrzymuje dziennik byłego więźnia obozu zagłady. Wyznania Żyda, który przeżył obóz w Rydze robią na dziennikarzu piorunujące wrażenie i motywują do podjęcia tropu kata z Rygi. Tropy prowadzą do organizacji „Odessa”, powojennej tajnej organizacji byłych SS-manów. Intryga zatacza szerokie kręgi, zachodząc o światowe ognisko zapalne – Bliski Wschód z rodzącą się państwowością Izraela i konfliktem z krajami arabskimi.

Eduard Roschmann istniał naprawdę. Był komendantem KL Kaiserwald  – obozu niemieckiego koncentracyjnego w Rydze. Forsyth konsultował aspekt historyczny swojej powieści ze sławnym żydowskim „łowcą nazistów” Szymonem Wiesenthalem, który zresztą pojawia się na kartach książki jako jedna z postaci tropiących „Odessę”. W roku 1972, kiedy powieść została opublikowana, wiele z opisanych osób żyło i uczestniczyło aktywnie w politycznej rozgrywce.

Powieść Forsytha pomimo upływu lat nadal robi wrażenie i nie daje się odłożyć na półkę, dopóki nie zostanie przeczytana od deski do deski.

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 8 listopada 2017 w literatura 2017

 

Tagi: , , , ,

Klub Dumas – Arturo Perez-Reverte

club-dumas

 Nos p.tens. L.f.r, juv.te Stn. Blz.b, Lvtn, Elm, atq Ast.rot. ali.q, h.die ha.ems ace.t pct fo.de.is c.mt. qui no.st; et h.ic pol.icem am.rem mul. flo.em virg.num de.us mon. hon v.lup et op. For.icab tr.d.o, eb.iet i.li c.ra er. No.is of.ret se.el in ano sag. sig. s.b ped. cocul.ab sa Ecl.e et no.s. r.gat i.sius er.t; p.ct v.v.t an v.q fe.ix in t.a hom. et ven .os.ta int. nos ma.et D: Fa.t in inf int co.s daem.

 

Lucas Corso, ekspert od starych ksiąg, dostaje zadziwiające zlecenie od znanego kolekcjonera Varo Borja. Chodzi o Księgę Dziewięciorga Wrót do Królestwa Cieni, której całość nakładu spłonęła w świętym ogniu inkwizycji. Zachowały się trzy egzemplarze, a zadaniem Corso jest ich porównanie.

Powieść Arturo Perez – Reverte to popis erudycji i doskonałego pióra. „Klub Dumas” można śmiało porównać z „Imieniem Róży” Umberto Eco czy książkami Dana Browna.

Misterna intryga miesza fikcję z faktami historycznymi i rzeczywistość z imaginacją. W grę wchodzą też moce piekielne i sam Czarny Książę. U Pereza – Reverte główną historię przeplata wątek Aleksandra Dumasa Ojca i jego koronne dzieło „Trzej Muszkieterowie”. Całość w magiczny sposób wiąże się ze sobą i wciąga od pierwszej do ostatniej strony. Kropla hiszpańskiego mistycyzmu to zresztą charakterystyczna cecha różniąca „Klub ..” od powieści Browna i jednocześnie bardzo bliska literaturze  innego znanego literata iberyjskiego – Carlosa Ruisa Zafona.

Autor sam jest postacią wielowątkową i fascynującą. Dziennikarz hiszpańskich mediów, korespondent wojenny uznany za zaginionego w czasie wojny w Erytrei, omal nie umarł na pustyni. W latach 90-ych prowadził nocną audycję radiową, brał też udział w tworzeniu telewizyjnego reality – show.

Powieść Perez – Reverte –  doskonały produkt kultury masowej sam padł jej ofiarą. Chodzi oczywiście o „Dziewiąte wrota” Romana Polańskiego, z główną rolą młodego Johnego Deppa. Czytelnikom film Polańskiego wyda się płaski i nieco infantylny. W drugą stronę – widzów zaskoczy misterność prozy autora „Klubu Dumas”. W gruncie rzeczy film Romana Polańskiego to luźna ekranizacja prozy Hiszpana. Mimo wszystko warto zacząć od lektury.

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 11 listopada 2016 w literatura 2016

 

Tagi: , , , ,

Pakt

PaktSześcioodcinkowy miniserial HBO rodzimej produkcji, którego pierwowzorem był norweski „Mammon”.

Marcin Dorociński w roli dziennikarza opiniotwórczej gazety wpada na trop afery zataczającej coraz wieksze kręgi. „Zwykły” gospodarczy szwindel nieuchronnie prowadzi do kolejnych odkryć a akcja pełznie w kierunku zła totalnego.

„Pakt” jest maksymalnie zagęszczony nakładającymi się wątkami. Każdy z nich to swoista teoria chaosu, z której równie dobrze może wyniknąć suspens jak i nieistotny epizod. Twórcy dwoją się i troją, żeby podbić serialową poprzeczkę i udaje się to im calkiem dobrze.

Estetyka „Paktu” wyraźnie posiłkuje się najlepszymi wzorcami – chłodne, industrialne zdjęcia wielkomiejskich arterii i zgrzytająca jak zardzewiała maszyna ścieżka dźwiękowa są żywcem wyjęte z drugiego sezonu „True Detective”. Warszawa zyskuje dzięki temu sznytu, jakiego jeszcze nie miała.

Chciaż producji HBO nie brakuje słabszych momentów, to zdecydowanie jeden z lepszych polskich seriali (obok „Na Wspólnej” 😉 „Mammon” ma w Norwegii już drugi sezon. Mam nadzieję, że HBO zdecyduje się na to także w Polsce a nieco trywialne niedoróbki scenariusza znajdą swoje wyjaśnienia w kolejnych odcinkach.

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu 26 stycznia 2016 w seriale

 

Tagi: , , ,

Służby specjalne – miniserial

sluzby-specjalne-miniserialMamy taki polski zwyczaj stosowania w praktyce powiedzonka „dwa grzybki w barszcz”. Od czasów PRL-owskich „blockbusterów” typu „Krzyżowcy” (czy „Krzyżacy”, w sumie to chyba ci sami) polska kinematografia kombinuje. Niczym baba rozwadniająca wódkę na mecie dolewają nasi włodarze filmu, dodają waty, wypychają – wszystko, żeby jakoś przy okazji produkcji fabularnej nakręcić parę godzin do ramówki telewizyjnej. Taka ważka prawda pasująca jak ulał do miniserialu „Służby Specjalne”.

O dziele Patryka Vegi już było tutaj. Serial powtarza wszystkie wątki. Dokrętki lub jakieś pozostałości po filmie fabularnym domontowano w ten sposób, aby powstało pięć 50-minutowych odcinków. W większości przypadków wtręty osobiste nie wnoszą nic ciekawego. Najwięcej „nowości” dotyczy pułkownika Mariana Bońki  (Janusz Chabior) trochę mniej Oli „Białko” Lach (Olga Bołądź) i generała Światło. Serial zdominowany został przez fenomenalnego Janusza Chabiora – tu zyskującego zupełnie inny wydźwięk postaci.

Najciekawszym spostrzeżeniem po obejrzeniu serialu pozostaje odkrycie jak montaż diametralnie zmienia sens filmu. Fabularne „Służby specjalne” – co widać na tle serialu – zostały doskonale skonstruowane i przycięte. Fabuła to dynamit rozsadzający tajny świat elit i służb specjanych pod przykrywką. Serial dodaje wątki, które przenoszą akcent na głównych bohaterów. Z bezwzględnych morderców stają się ludźmi pełnymi problemów i dylematów, ale posiadającymi moralność. W przeciwieństwie do brudu wypływającego ze świata polityki.

 

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 3 czerwca 2015 w seriale

 

Tagi: , , , , ,

Służby specjalne

Sluzby specjalneAmerykany mogo

a my się z tego cieszymy. No więc my też mogiemy. Bóg, Honor, Ojczyzna. Oraz Lepper, Macierewicz i inne generały (rymuje się z pedały, ale byłoby nieładnie). Wszystko razem w mikserze życia, niczym czołówki w tefałenie.

Byłoby może po amerykańsku gdyby nie zbieżność zupełnie przypadkowa. A ponieważ przypadkiem zbieżność zaistniała, zaistnieje też spora grupa tych, którzy zakrzykną „prawda toć! hańba toż! azaliż zawżdy!”  Nieświadomi dostali wreszcie podany na tacy spisek, którego układankę od dawna mieli gdzieś z tyłu czerepa. W tym Marian, hydraulik co mówił, że to nie prawda z tą Blidą. Teraz wiadomo: WSI, mataczenie, chory układ, zbrodnicze służby, krwiożerczy biznes na własnej piersi chowany, agenci Moskwy w naszych szeregach. Afera gruntowa posłużyła wiadomo komu, samobójstwa świetnie ukartowane, jedyny prawdziwy Polak zdemaskowany, ale zima wasza, wiosna nasza!

Ballada o pieskach

Vega Patryk, nakręcił w swoim czasie film o jakimś piesku. Później poszedł chłopina w dobrą stronę odtwarzając brawurowo przygodę Hansa Klossa, bożyszcza naszych babć. A także prześmieszny, że boki zerwać, cukierniczy „Ciacho”. Równie branżowy „Last Minute” można bez ryzyka nazwać jedynym prawdziwym dokumentem o przygodzie z ol inkluziw w tle. Chyba najśmieszniejszy od czasów tego Lujisa Definę.

Ostatni gasi Światło

I teraz to. Służby specjalne. Boję się wychodzić z domu. Jak prawdziwy Polak. Boję się kobiet cyborgów, żrących białko ze sklepu dla koksów. I agenta chorego na raka, co nocą psika w kontakty szprejem i kradnie z szuflad. No i tego Światło, bo to spirytus mowens jakiś. Panie chroń nas przed tym robactwem. I w dodatku IPN zburzyli.

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu 4 marca 2015 w kino 2015

 

Tagi: , , , , ,

Closed Circuit

closed circuitPrawnik Martin Rose (Eric Bana) otrzymuje sprawę, w której ma bronić zamachowca z Londynu. Poprzednik na tym stanowisku popełnił samobójstwo. Drugim z prawników obrony zostaje Claudia – prywatnie kochanka Martina. Nie tylko relacje prawników zdają się być skomplikowane. Sama sprawa – z pozoru prosty proces zamachowca – prowadzi do nieoczekiwanych komplikacji. Im więcej niepewności, tym mroczniejsze wnioski.

„Układ” opowiada o spisku na najwyższych stanowiskach i powiązaniach przekraczających zwyczajowe prawo. Historia z Londynu wydarzyła się już w wielu filmach i wielu krajach. Amerykanie preferują pozytywne zakończenie, w których jednostka potrafi poruszyć góry. „Closed circuit” stawia sprawę w bardziej złożony, europejski sposób. Nie ma tu takiego fatalizmu jak w polskim „Układzie zamkniętym” czy ostatnich „Służbach specjalnych”, ale realne spojrzenie na konflikt „jednostka – układ” jest oceniany jednoznacznie. Jeden człowiek nie jest w stanie przeciwstawić się siłom rozdającym karty. Problemem fabuły jest łopatologia stosowana. Steven Knight („Eastern Promises”, „Locke”) nie błysnął intelektem, wywalając na ladę wszystko co mógł. Agenci mówią zbyt wiele, prokuratorzy są bardzo bezpośredni a prawnicy zbyt błyskotliwi.

„Układ” to średnio ciepły film, który chciałby uchodzić za ambitniejszy niż w jest w rzeczywistości. Intryga jakich było już sporo, aktorzy bez zapierających dech kreacjach i poprawna reżyseria. Sredniak.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 15 lutego 2015 w kino 2015

 

Tagi: , , , , , ,

Inferno – Dan Brown

Dan-brown-infernoDan Brown się powtarza. Ale powtarza się w stylu, który może się podobać i z pewnością dobrze się czyta. Wydane w 2013 roku „Inferno” jest najnowszym dziełem Amerykanina. Brown to erudyta z doskonałym researchem. Jego powieści są kopalnią ciekawostek i plastycznych opowieści z pogranicza historii, sztuki i architektury. Taki styl szczególnie przypadnie do gustu Amerykanom, dla których średniwieczna Europa jest niczym Palezoik.

Akcja powieści osnuta jest na pogoni za kolejnym Mistrzem Zbrodni. Tym razem nie jest to tajna i potężna organizacja (choć i taka się pojawia). Inferno to wynik działania genialnego naukowca. Prawdziwe Inferno przez duże „I”, chociaż – jak to u Browna – bohaterowie często zmieniają swoje oblicza. Tylko posągowy Robert Langdon pozostaje bez skazy i nie czepia się go żadna skaza.

Powieść przewidywalna niczym opowieści o agencie Stirlitzu, w sam raz na leżaczek.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 15 lipca 2014 w literatura 2014

 

Tagi: , , , ,