RSS

Archiwa tagu: autobiografia

18 and Life on Skid Row – Sebastian Bach

Od pierwszych kroków w dziecięcym chórze i wstąpienia do Kid Wikkid i pierwszych profesjonalnych kroków w amerykańskim „Madame X”, do zdobycia szturmem list Billboardu i rozsadzenia zespołu rockowego przez nadciśnienie popularności.

Autobiografia Sebastiana „Bass-a” Bacha to ciekawa, choć nie odbiegająca stylem od podobnych dzieł „spowiedź” boga sceny.

Sporo tu egzaltacji i przypisywania nadprzyrodzonych znaków zdarzeniom mającym w sobie pierwiastek przypadku. Nie mniej płaczliwych wspomnień rodzinnych. Cream de la Cream książki są oczywiście wspomnienia z końcówki lat 80-ych. Szczególnie w tych momentach, kiedy czytelnik ma szansę zajrzeć za kulisy zespołu kreowanego na rasowych „bad boys”.

Jak każdy „były” frontman, Bach z nostalgią i bez poczucia winy wraca do epickich tras koncertowych u boku Motley Crue, Aerosmith czy wreszcie samych „Gunsów” na trasie „Use Your Illusion”. A także do czasów najdzikszych imprez obfitujących w hektolitry Jacka Danielsa i góry białego proszku.

Bass mówi o przeszłości bez fałszywej skruchy, czasem tylko wtrącając swoiste „kiedyś to się imprezowało”. Szczerość frontmana „Skid Row” jest bezcenna, choć w dobie politycznie poprawnych biografii muzyków, musiała wywołać konsternację w wielu domach. Chociażby w San Francisco, pod adresem państwa Ulrich czy w salonie „wzorowego ucznia” rocka, pana Jona Bon Jovi.

Równie fascynująca jest wieloletnia przyjaźń Bacha z Axlem Rose. To czego przez grzeczność nie napisali w swoich biografiach Slash i Duff, po części znajdziecie u Seba Bacha.

Biografie muzyków mają jedną wspólną cechę – retrospekcja jest przeważnie ubrana w poprawny moralnie mundurek z naszywką „nie polecam”. Bach nie jest tu wyjątkiem, wyraźnie rozdzielając dwa okresy: gwiazdorsko-dziki i dojrzały (stonowany i dojrzalszy).

Ciekawostką książki są losy autora po rozstaniu z zespołem. Nudą wieje natomiast z kaznodziejstwa i pokracznych prób filozofowania. Męcząca bywa i sama struktura książki z rwącymi się wątkami i niezbyt zrozumiałymi „notatkami” autora na końcach rozdziałów. Te ostatnie nie służą niczemu, a jedynie irytują „zajawkami” nie prowadzącymi później do konkretnych historii.

„18 and Life on Skid Row” to pozycja obowiązkowa dla fanów zespołu. Póki co, dostępna tylko w oryginale.

Reklamy
 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 5 lipca 2018 w literatura 2018

 

Tagi: , , , ,

I am Ozzy – Ozzy Osbourne

The Man, who bit the head off a bat. And dove’s maybe too. The Madman. The Blizzard of Ozz. The Wicked. The individual, who invented heavy metal even if he was not aware of it. Massive drunk, smoker and junkie with spendings on it on galactic level. The one and only: Mr Ozzy Ozz-Buuuurrrrn 🙂

Reading once again, but now in original was a twice as pleasure!

When I was seventeen, I spent a whole afternoon in Sutton Park – a posh area of Birmingham – spelling out ‚O-Z-Z-Y’ across my knuckles. I went home that night feeling really fucking pleased with myself. My dad wasn’t so happy. He went white when he saw me. ‚Son, you look like a fucking idiot,’ he said.

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 21 czerwca 2018 w literatura 2018

 

Tagi: , , , ,

Stażystka. Mój romans z prezydentem Kennedy’m – Mimi Alford

Latem 1962 roku dziewiętnastoletnia Mimi Alford przyjechała pociągiem do Waszyngtonu. Do Białego Domu ściągnęła ją jedna z sekretarek Prezydenta, absolwentka tej samej co Mimi szkoły dla dziewcząt.

Już czwartego dnia pobytu w White House seksowna blondynka została zaproszona na spotkanie z wielkim J.F. Kennedy’m.

Jeszcze tej samej nocy stażystka dostała awans na kochankę. Prezydent korzystał z niej za każdym razem, kiedy naszła go na to ochota. Mimi Alford była na każde skinięcie, dowożona w odpowiednie miejsca limuzynami i prezydenckim Air Force One. Romans przerwało jedno popołudnie w Dallas.

Legenda JFK przez lata skrywała liczne grzeszki Prezydenta. Wśród nich także tą o pięknej, młodej stażystce. Na światło dzienne historia wyszła 40 lat później. Po ujawnieniu niektórych faktów z życia Białego Domu za prezydentury Kennedy’ego pani Alford postanowiła dokonać swoistej wiwisekcji swojego związku z prezydentem.

„Stażystka” to autobiografia pozbawiona sensacji. Seks wydaje się jedynym powodem zaistnienia młodej panny Alford w otoczeniu Kennedy’ego, ale w książce łóżko nie przytłacza treści.

Choć autorka stara się tłumaczyć na wszelkie sposoby, rola Mimi Alford jawi się jako pozycja smutnej zabawki na chandrę. A to. że to chandra jednego z najwybitniejszych polityków XX wieku, to już inna sprawa.

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 5 czerwca 2017 w literatura 2017

 

Tagi: , , , ,

Pamięć Absolutna – Arnold Schwarzenegger

Total Recall ArnieTomiszcze wspomnień wielkiego kulturysty zostało wydane zaprawdę solidnie. Najwyraźniej wydawca sam padł ofiarą podświadomości decydując się na monumentalny print godny przynajmniej mocarnego uda Arnolda. Gorzej jest z jakością tekstu, którego jakość można co najwyżej porównać do flakowatego bicepsika Woody Allena.

Biografia pana Terminatora nie może być nudna. Wystarczy przypomnieć znaną powszechnie ścieżkę życia Arnolda Schwarzeneggera: chłopak z zabitej dechami austriackiej wiochy staje się pionierem nowatorskiego sportu. Wraz z jego bicepsem rośnie światowy trend do bycia fit, a nawet do bycia oversize w miejscach, które do połowy XX wieku wydawały się atrybutem cyrkowych siłaczy.

Zdobywając kolejne tytuły w kulturystyce młody chłopak idzie za swoim marzeniem i wyrusza do Ameryki. Trafia do Kalifornii – fabryki snów (cóź, w Nebrasce pewnie nosiłby cysterny z mlekiem). W słonecznym stanie olbrzym zdobywa szlify aktora, konsekwentnie dążąc do pierwszej ligi filmowych osiłków.

Austriak osiąga szczyty „american dream” wygrywając wybory na gubernatora stanu Kalifornia.

„Pamięć Absolutna” mogłaby być podzielona na dwie części. W pierwszej – od pastuszka do mistrza kulturystyki i wschodzącej gwiazdy filmowej to opowieść żywa i inspirująca. Druga, przydługa i rozwodząca się nad polityką powinna być opatrzona ostrzeżeniem „nuda!”.

Przygody Arnolda z polityką to buła nienadająca się do spożycia. Ciągnące się peany na własną cześć, powtarzane banały wprost z agitacyjnych ulotek są zwyczajnie męczące.

Jeszcze większe zdumienie wywołuje jeden z ostatnich rozdziałów pt. „Sekret”. Sposób w jaki Schwarzenegger rozprawia się ze swoim romansem, rozwodem i posiadaniem nieślubnego dziecka z własną sprzątaczką wzbija się na wyżyny obłudy.

Biografia Arnolda z każdą stroną niebezpiecznie przechyla się w stronę dokumentu przypominającego sprawozdanie polityka. Zupełnie jakby „autor” starał się sam wystawić sobie laurkę przed kolejnymi wyborami.

Zamiast poświęcać czas na sprawozdanie gubernatora lepiej zrobić kilka serii na klatę i podpompować bicki.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 2 lipca 2016 w literatura 2016

 

Tagi: , ,

I’m The Man – Scott Ian (autobiografia)

Scott Ian Tm the manTak, to właśnie „ten gościu z Anthrax’u”. Scott Ian. A właściwie Scott Ian Rosenfeld. Rosen.. kto?

Anthrax to zespół legenda dla wszystkich fanów trashu. Choć nowojorczycy zawsze szli pod prąd a ich muzykę z czasem bardziej skojarzono z wygłupami niż poważnym trashowym rykiem, chłopcy mocno zasłużyli sobie na pozycję w biznesie.

16 czerwca 2010 na scenę ustawioną na warszawskim Bemowie jako pierwszy wszedł Anthrax. Zagrali przed Megadeth, Slayerem i gwiazdą wieczoru – Metallica. Nowojorski band dopisał dużymi literami kolejny rozdział do swojej legendy.

Każdy, kto pamięta „oryginalne” okładki kaset „Spreading the Disease” i „Fistful of Metal” będzie zdziwiony jak wyboistą drogą doszedł do koncertu na Bemowie Anthrax. Twórcy loga, które na plecakach i okładkach zeszytów rysowały miliony dzieciaków kilkakrotnie zderzył się z pędzącym pociągiem. Jeden z nich nazywał się grunge, inny nu-metal. Po drodze zmiażdżyła ich moda na kilka innych gatunków muzyki, irracjonalny brak zainteresowania wytwórni i zawirowania w zespole.

Scott Ian, ten śmieszny człowieczek skaczący jak krasnal po scenie w rytmie urywających głowę riffów musiał się nieźle natrudzić. Choć jego biografia jest pełna schematów zgranych jak power chords w heavy metalu, pan Rosenfeld jest postacią nietuzinkową. Wielki fan komiksów i horrorów, Żyd, który przerobił tradycyjną przyśpiewkę Izraelitów w największy hit zespołu, facet o niespożytej energii i niezachwianym optymizmie.

Ladies and Gentlemen, from the belly of Queens, New York City – Scooooottt IIIIIIaaaaan! 🙂

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 24 Maj 2016 w literatura 2016

 

Tagi: , , ,

It’s so easy and other lies – Duff McKagan

ITS-SO-EASYWielkie zespoły rockowe łatwo rozpoznać po ilościach publikacji na ich temat. W przypadku Gunsów charakterystyczne jest to, że 4/5 oryginalnego składu grupy ma swoją biografię. Po nieautoryzowanej biografii Axla, autobiografii Slasha i niepublikowanej dotąd w Polsce książce Stevena Adlera przyszedł czas na basistę G N’R.

„It’s so easy and other lies” jest przewidywalny. Moralitet trzeźwego rockmana, który po latach szaleństwa i odcinania kuponów sławy wyhamował na skraju osobistej katastrofy. Duff McKagan to niegłupi facet. W jego portfolio oprócz opisywanej autobiografii znalazły się także felietony do Playboya, ESPN.com czy Seattle Weekly. Półkę z autowynaturzeniami zamyka najnowsza książka „How to be a man, and other illusions”.

W chytrze przechrzczonym (na nudne „Sex, drugs & rock n’roll”) polskim wydaniu biografii Duff klasycznie sięga do ery dzieciństwa w Seattle, swoich fascynacji punkiem i grą w lokalnych „no name bands”.

Lwią część książki stanowi oczywiście opus magnum artysty – początki, apogeum i zmierzch ery Guns N’Roses z całą ich obrazoburczą otoczką. Podobnie jak Slash, Duff starannie omija kontrowersyjne tematy. Z książki nie dowiemy się zatem wiele o zakulisowych rozgrywkach, które doprowadziły do rozpadu grupy czy dramatycznego upadku Adlera. Można zrzucić to na gentleman agreement muzyków lub – co bardziej prawdopodobne – do dziurawej pamięci Duffa, który pamięta lata 90-e wyłącznie z opowieści znajomych.

Po czasach GN’R biografia Duffa oscyluje wokół powolnego zbierania się z podłogi. Wyjście z nałogu narkotykowego i pijackiej maligny to opowieść traumatyczna ale (niestety) nieco zbyt kaznodziejska.

W tej części „It’s so easy….” przebrzmiewa zrozumiała męka potwornie uzależnionego muzyka, którego – czytając między wierszami – odstawienie nigdy się nie skończyło. Jak każdy pacjent kliniki uzależnień Duff wydaje się tu zbyt egzaltowany aby uwierzyć w końcowe „i żyli długo i szczęśliwie”.

„It’s So Easy” nie oddaje ducha GN’R tak mięsiście jak saga GN’R pióra starego rockowego wyjadacza Stephena Davisa (‚Watch you bleed: the saga of GN’R”). Duff bardziej skupia się na sobie i opowiada swoją historię w iście amerykańskim stylu.
duff-mckagan-sex-drugs-rock-klamstwa

Obok: okładka polskiego wydania.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 6 września 2015 w literatura 2015

 

Tagi: , , ,

Dziennik 1954 – Leopold Tyrmand

dziennik-1954-leopold-tyrmandNiech przemówią cytaty.

O sobie, raczej sceptycznie:

„Nic nie wskazuje no to, że ja i ludzie odniesiemy jakąkolwiek korzyść ze mnie, z faktu mojego pobytu na tej ziemi”.

„Niesolidność przemyśleń, sięgnięć, fundamentów – oto ja, o czym wiem i czego nie zamierzam ukrywać”

„Leżę na łóżku, przyjaźnię się z sufitem i męczy mnie świadomość jak wiele rzeczy w życiu potrafiłbym dobrze robić”

„Jest to co tu ukrywać, dzień Kubusia Puchatka: trapią mnie Wielkie Myśli o Niczym”.

„Reszta dnia w łóżku, tym przyrządzie do szatkowania decyzji”

„Wątroba to nie genleman, powiedział kiedyś Zbyszek Herbert”

O dzienniku, z pewną dozą cynizmu ale i samozachwytu:

„(Dziennik) Kto jest jego adresatem? (…) Wolałbym za mych czytelników tych, którzy przetrwają komunizm. Ale tych także, co jeszcze nie zapomnieli jego trupiego ciężaru na grzbiecie i dławiącego uchwytu na szyi. To idealna publiczność (…)”

„Czy męczyć się nadal nad tym dziennikiem, a może kontynuować Stukułkę, lub zacząć nową powieść? Albo wprost położyć lachę na całe pisanie i odrodzić się w jakiejś poważniejszej niwie?”

„Moje życie codzienne konstruuje się wokół tego dziennika. Zbyszek Herbert powiedział: Ostatniego dnia napiszesz: {Dziś nigdzie nie wychodziłem i z nikim nie rozmawiałem. Pisałem Dziennik}} Po czym znajdą cię na podłodze i obdukcja”.

O ustroju, bez przebaczenia:

„W dziesięć miesięcy od czasu, gdy każde dzieło z dziedziny pszczelarstwa miało więcej Stalina w tekście niż pszczół, gdy każda rozprawa o wojnach punickich musiała wykazać udział w nich Stalina”

„I nagle ogarnęło mnie głębokie przeświadczenie, jakby olśnienie, że komunizm jest przeciw zębom (…) W Polsce nie wytwarza się szczoteczek do zębów”.

„W nocy ciężkie sny. Ogromny pies wczepił mi się w tyłek i gryzie z całej siły. Obudziłem się w nie najgorszym nastroju. Każdy psychoanalityk, i od Freuda, i od Junga, powiedziałby, że pies to komunizm.”

„(…) gdzie Bolcio, prasłowiański władyka ustala przez telefon z semickimi czekistami z pobliskiej Koszykowej komu dziś wbijać drzazgi za paznokcie, a komu nie”

 

O Warszawie, której już nie ma:

„Spędziłem dziś życie w tramwajach. (…)To co się dziś działo na trasie Mokotów -Krakowskie Przedmieście między konduktorem, pasażerami, niemowlakami w tłumokach, a nawet pewnym ukrytym w teczce psem, wymaga literatury większej niż ta, na jaką mnie stać”

„Jechałem dziś tramwajem przez żelazną, Leszno d Trasy W-Z. widać tam jeszcze kawał starej Warszawy sprzed kataklizmu…”

„{Muranów], który wygląda jak ciastko z kosza straganiary”

„(o PKiN) Potem zaczęto doklejać: pseudorenesansowy hełm wieżowy (…), ciastkowe attyki i zwieńczenia, motywy z Kazimierza nad Wisłą, portale nasady. Groza socrealizmu zmaterializowała się w samym środku miasta jak kwitnąca narośl na nosie pijaka”

„(wizyta w sklepie z zabawkami) Misie o twarzach niedorozwiniętych morderców, z pluszu używanego na kołnierze u palt przez ukrywających swą nędzę alkoholików”.

O życiu, jak to Polacy:

„Przed południem poszedłem do mojego fryzjera. Jest to ponury cham, ale lubię go bardzo. (…) Mój fryzjer lubuje się w opisach tak zawiesistych od spermy, że domagam się mycia głowy za pół ceny po każdej sesji”

„(…) przeto poklepałem go przyjaźnie po plecach i zaspokoiłem głęboką refleksją natury filozoficznej, że jakoś to będzie”

„Moja chęć drążenia – excusez le mot – pozostaje zawsze w jakiejś relacji do aparycji: im dziewczyna lepiej wygląda, tym bardziej ja zmieniam się w rozbuchanego psychoanalityka”

„Był to stylowy „starszy”. Miał na sobie marynarkę z PDT i buty narciarskie, tanie, lecz schludne, włosy podcięte z tyłu, pod donicę, modą sowieckich oficerów (…) ogólny wzór antropologiczny wprost z Wołomina, Tłuszcza lub Zielonki – wschód województwa warszawskiego”.

O kolegach literatach:

„Biedny Gombrowicz! Przed wojną zdegenerowany zgnilec i żydowsko-murzyńsko-seksualny folksfrontowiec, rozkładający faszystowską krzepę narodu, dziś agent amerykańskiego kapitału. Wspólnota Interesów i Akcji Katolickiej, prześladowca KPP”

„Zygmunt Kałużyński jest mocno zbudowanym brunetem o twarzy rozradowanego szympansa. Uśmiech ma miły, młodą łysinę na pokaz, ubiera się z niedbałością bliską kabotyństwa(…)”

„(Kisiel) pochłania kuflami hektolitry piwa (…), w związku z czym nieustanie szuka, gdzie tu by się odlać, co urozmaica napoważniejsze rozmowy”

„Emeryci, inwalidzi, torfowiska -Herberta metafizyka osobowości. Intensywny trening rozpaczy”.

„Paweł Jasienica jest krępy, wilnianin i po czterdziestce”

„na moje miejsce promowany został niejaki Zygmunt Broniarek, dotychczasowy tłumacz z języków obcych, który miał zwyczaj (…) pytać mnie kiedy komunistów cholera weźmie”.

 

Kim był Leopold Tyrmand anno domini 1954? 34 latkiem, a więc już niemłodym facetem. Człowiekiem z ogromnym bagażem doświadczeń wojny i poniewierki. Niespełnionym literatem, jeszcze bez znaczących sukcesów, choć dobrze się zapowiadającym. Ale także dandysem, bikiniarzem i ostentacyjnie negującym wszelkie sztamy z systemem „wrogiem ludu”. W związku z czym, z przypiętą na plecach łatką problematycznego, odstawiony na boczny tor.

W 1954 roku, na chwilę przed napisaniem swojego opus magnum, był Tyrmand także bawidamkiem erotomanem, szukającym swoich okazji na mieście, nauczycielem siedemnastolatki, której w rzeczy samej także kochankiem. Mieszkańcem pokoiku w ocalałym budynku YMCA na Konopnickiej w Warszawie. Bez nadziei na dostatnią przyszłość w kraju socjalizmu ludowego, pośród wciąż zalegających powojennie zwalisk gruzu.

Dziennik to trzy miesiące skrzętnie opisanej codzienności – machina czasu do lat pięćdziesiątych oczami i umysłem autora. Miesiące, które wypełnia filozofowanie u boku Kisiela i Herberta, egzystencja na obiadkach w Związku Literatów, erotyczne przygody z Bogną, które dziś wywołałyby lawinę pozwów z prokuratury. A także ciętych uwag na wszystko co Tyrmanda otaczało w języku zapowiadającym przyszłą majestrię pisarza.

Dziennik urywa się niespodziewanie 2 kwietnia. Następnego dnia Tyrmand otrzymuje od „Czytelnika” zlecenie na powieść. Będzie to „Zły”, kanon literatury polskiej.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 1 kwietnia 2015 w literatura 2015

 

Tagi: , , , ,