RSS

Archiwa tagu: Australia

True History of the Kelly Gang

John „Red” Kelly urodził się w Irlandii w trudnych czasach. Jak większość Irlandczyków żyjących w ubóstwie pod angielskim panowaniem, ledwie wiązał koniec z końcem. Czasy „The Great Famine” uśmierciły głodem około 1,5 miliona ludzi.

4 grudnia 1840 roku John ukradł dwie świnie warte sześć funtów. Bezwzględna administracja brytyjska skazała złodzieja na 7 lat, z czego rok spędził na statku a sześć kolejnych na pracach przymusowych na Van Diemens Land (dzisiejsza Tasmania).

Syn Johna, Edward „Ned” Kelly urodził się już w kolonii a podły los ojca odziedziczył w genach. Od urodzenia skazany na podłe życie, Ned Kelly stał się najsłynniejszym bandytą Australii. Był okrutny ale i niepozbawiony zadziwiającej jak na rzezimieszka fantazji.

„Prawdziwa historia Gangu Kelly’ego” jest ekranizacją powieści Petera Carey pod tym samym tytułem. „Prawdziwa” w tytule trzyma się luźno biografii Neda.

Film Justina Kurzela osadzony w historycznych realiach jest na wskroś współczesny warsztatowo. Bandzie Neda bliżej jest momentami do Mad Maxa niż kolonialnej Anglii a całość przypomina stylem inne dzieło tego reżysera – „Makbeta” z Michaelem Fassbenderem. Kurzel lubi wrogie bezdroża i brudne, odfiltrowane z koloru kadry, którymi gra na modłę kina artystycznego.

Hipnotyzująca rola George MacKaya i ciekawa kreacja australijskiej gwiazdy Russella Crowe.

 

 

 

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 6 lipca 2020 w kino 2020

 

Tagi: , , ,

Lion

Mały Saroo gubi się na ulicach Kalkuty, kilkaset kilometrów od swojej wioski. Pięciolatek nie wie nawet  dokładnie jak nazywa się jego wieś, zostaje więc kolejnym z tysięcy bezdomnych w przeludnionej aglomeracji, gdzie musi stawić czoła wielu niebezpieczeństwom. Adoptowany trafia do Australii. Dwadzieścia pięć lat później dorosły Saroo obsesyjnie próbuje odnaleźć swoją indyjską rodzinę.

Ckliwy dramat Gartha Davisa ma w sobie wszystko, co film tego gatunku mieć powinien – doskonałe zdjęcia, ujmującą muzykę a przede wszystkim świetną historię, która wydarzyła się naprawdę. Dodajmy do tego chwytającą za serce brudną buźkę małego Saroo a uzyskamy film, który nie może się nie podobać.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 17 września 2017 w kino 2017

 

Tagi: , , ,

Tracks

TracksCzterej wielbłądzi i pies.

Jak zawsze w tak wzruszających, epickich dziełach, wiercąc się w fotelu oczekujemy końcowego „Based on true story”. Tym razem nie będzie rozczarowania – Robyn Davidson jest postacią autentyczną a film oparty o bestseler wydawniczy „Tracks”.

Robyn Davidson (Mia Wasikowska) w 1977 roku wyruszyła ze środka kontynentu australijskiego (Alice Springs) w kierunku Oceanu Indyjskiego na zachodnie wybrzeże Australii. Towarzyszyły jej cztery wielbłądy i pies. Choć towarzyszył jej reporter National Geographic, faktycznie przeszła tą drogę sama, okazjonalnie napotykając turystów i tubylców. Pani Davidson szybko odkryła zalety komercjalizacji swojego wyczynu a jej mamuary pt.: (a jakże) „Tracks” stały się bestselerem nie tylko literatury podróżniczej, ale także źródłem inspiracji dla rozwijającej się emancypacji.

Rzeczywistość nie pasowała do wizji współczesnego filmu. „Miss Camel” była podobno kobietą czynu, energiczną i zdeterminowaną. Sama wybrała fotografa Ricka Smolana. Filmowa Davidson o twarzy Mii Wasikowskiej to postać zgoła przeciwna pierwowzorowi. Wasikowska – choć grająca dobrze – zdaje się być kobietą ulotną i eteryczną. Sceny, w których jej różowe ciałko wystawia się na zabójcze pustynne słońce wprost wywołuje uśmiech. Podobnie zwiewny zdaje się być nieśmiały fotograf Rick. Człowiek o takim usposobieniu prawdopodobnie zostałby szybko zjedzony gdzieś po drodze przez psy dingo.

John Curran wyreżyserował film o wyprawie przez bezdroża Australii na kolanach przed główną bohaterką. Od pierwszych scen film zdaje się być hagiografią świętej kobiety – samotnej z wyboru i stawiającej swoją inność na ołtarzu samoumęczenia. Podróż „Camel Lady” przez pustynie u boku psa i rodziny wielbłądów niebezpiecznie zbliża się do scenki znanej z bożonarodzeniowych inscenizacji o brzemiennej Marii wśród bydlątek.

„Tracks” jest ładnie poukładany, mało kontrowersyjny i zwyczajnie ładny w obiektywie. Nie ma w nim wielkich emocji. Spodoba się wielbicielom filmu „Wild„.

 

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu 6 grudnia 2015 w kino 2015

 

Tagi: , , , ,

Plague (2015)

PlagueAwangardowa wersja apokalipsy według zombie. Australijczycy stworzyli film w manierze bliższej produkcjom psychologicznym niż porządnemu slasherowi. Gdyby nie ulegli modzie na modną filmową plagę, byłby to film o ludzkiej psyche w obliczu końca cywilizacji. To nie pierwszy taki projekt. Wystarczy wspomnieć efekciarskie Mad Maxy czy „These Final Hours” zdradzający całą fabułę w tytule. Zdaje się, że koniec świata to australijski „konik”.

Grupka ludzi ukrywa się daleko od skupisk ludzkich, drżąc każdej nocy na dźwięki dochodzące zza metalowej szopy. W grupie wybucha konflikt przy uzgodnieniu decyzji o odjeździe. Opuszczona Evie pozostaje na miejscu czekając na swojego męża. John wraca, ale jest na skraju załamania nerwowego. Do dwójki dołącza Charlie. Przybycie tego ostatniego zdaje się być nową nadzieją. Zaradny i zdecydowany przybysz okazuje się jednak nie tym za kogo się podaje.

„Plague” jest produkcją skupioną na emocjach. Film powtarza za innym klasykiem gatunku: „To nie potwór jest straszny – powinniście bać się człowieka”. Artystyczny sznyt pracy kamery i gra bliżej nieznanych europejskiemu widzowi aktorów przypomina nieco teatr z kolejnymi osobami wkraczającymi na scenę.

Jak w wielu produkcjach z „kraju kangurów” i tutaj fantastycznie grają plenery. Niewiele im trzeba do sugestywnego naszkicowania postapokaliptycznej pustki. W filmie praktycznie nie występują osobniki zarażone. Widzimy wyłącznie oszalałe spojrzenia „zdrowych” – ich postępujące zezwierzęcenie, panikę i irracjonalne decyzje.

Wraz z pojawieniem się w kadrze Charliego scenariusz klaruje się brnąc w stronę wyświechtanej opowieści o obcym. Pod tym wględem „Plague” daleko jednak do „Przylądku Strachu’ z De Niro u szczytu możliwości i nominacją do Oscara.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 17 listopada 2015 w kino 2015

 

Tagi: , , , ,

These Final Hours

These Final HoursSiła Coriolisa powoduje, że w Australii woda spływa w umywalce odwrotnie  niż w Europie*. Najwyraźniej również chomik im (Australianom) biega odwrotnie we łbie. Wystarczy spojrzeć na byle film „made in upside down continent”, żeby rozpoznać skąd pochodzi.

Wystarczy spojrzeć na Mad Maxa. Albo na twarz Nicole Kidman.

„These Final Hours” banalnie i wtórnie przedstawia przysłowiowy koniec świata. Coś się pali, coś uderza, ludzie świrują, hamulce puszczają. Bla, bla, bla. Oczywiście wśród nich odnajdzie się taki, co nagle dostanie olśnienia i stanie się niemalże świętym Franciszkiem. W Australii Franciszkiem jest James (Nathan Phillips). Spoko gość wybiera się na mega ostatnią imprezę, aby godnie przeżyć ostatnie chwile. I wtem..

Ten film nie jest duchowym bratem „Melancholii” von Triera, ale coś w nim jest. Styczna do von Triera to smutek, czający się w każdej scenie. Ale jest tu też coś obsesyjnego, jak to u Australian bywa. Jak w Mad Maxie. Albo w twarzy Nicole Kidman. I te puste, zalane słońcem plenery. Boskie.

Wciągający film bez nadmuchanych efektów specjalnych za miliony. Można. I niekoniecznie musi być o holocauście. Kiedyś polskie kino dojrzeje. Wreszcie zobaczymy film o końcu świata – „Wesele 2 – Przed świtem”.

 

* tu mała dygresja dla wnikliwych – fizycy nie są do końca zgodni czy to prawda i jaki wpływ ma na to symetryczność umywalki oraz jej wpływ na lepkość wody

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu 4 marca 2015 w kino 2015

 

Tagi: , , , ,