RSS

Archiwa tagu: PRL

Zimna Wojna

Historia trudnej miłości dwojga artystów. Wiktor Warski płynie z prądem czasu. Kompozytor i wrażliwiec na codzień jeździ po zapadłych dziurach zrujnowanej powojennej Polski w poszukiwaniu talentów, z których powstanie ludowy zespół pieśni i tańca „Mazurek”. Wśród dziesiątek kandydatów Warski zauważa Zulę – dziewczynę o podejrzanej przeszłości i fantastycznym głosie.

Magnetyczna znajomość żywiołowej młodej Zuli i powściągliwego Wiktora szybko zamienia się w gorący romans. W tle ich wielkiej miłości świat dzieli się na dwa wrogie obozy przedzielone Murem Berlińskim. Zespół „Mazurek” staje się propagandowym towarem eksportowym partii. Członkowie zespołu mają niepowtarzalną okazję wyrwania się z oków komunistycznego reżimu. Miłość bohaterów przeradza się w długą epopeję rozciągniętą w czasie i przestrzeni od Warszawy przez Berlin do Paryża i z powrotem.

„Zimna Wojna” to przede wszystkim skomplikowane uczucie dwojga ludzi, z których jedno dusi się w socjalistycznej pułapce podczas gdy drugie nie potrafi żyć bez Polski.

Film Pawlikowskiego ujęty w monochromatyczne barwy i ciasny kadr to potwierdzenie mistrzostwa reżysera w tworzeniu filmów z najwyższej półki. Doskonale wkomponowana muzyka nadaje opowieści swój rytm – od ludowych przyśpiewek i monumentalnych pieśni o Stalinie po jazzujące kompozycje w zadymionych kafejkach paryskiego Montmartre. Największą perłą filmu są jednak aktorzy: będący w szczytowej formie, doskonały w rolach outsiderów-wrażliwców Tomasz Kot i fantastycznie wtórująca mu Joanna Kulig.

Reklamy
 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 20 października 2018 w kino 2018

 

Tagi: , , , , ,

Jak zawsze – Zygmunt Miłoszewski

Ludwik i Grażyna, wiekowe małżeństwo, szykują się do obchodów pięćdziesiątej rocznicy związku. Niezbyt już krzepcy, oboje naznaczeni ułomnościami wieku obchodzą osobliwą datę w osobliwy sposób. Przy winie i kurczaku z rożna celebrują swój pierwszy raz, kolejnym „razem”. Każdy z partnerów oddaje się przy tym rozmyślaniom, do jakich skłania ich rocznica i wiek.

Oglądałam nasze albumy ze zdjęciami i wiesz co? – Nie wiem. Co? – W jego głosie pojawiły
się asekuranckie tony, jakby szykował się do odparcia ataku.

– Wyobraź‍ sobie, że nie mamy
fotografii, na których siedzimy na kanapie, podpisanych „A tutaj siedzimy bardzo
odpowiedzialni, wróciliśmy z pracy, spłaciliśmy kredyt w terminie i zamierzamy wziąć nowy
telewizor na raty”.

– Nie‍ przesadzaj, mamy parę zdjęć z domu – odparł, trochę urażony,
czując się w obowiązku bronić swojego życia, które bardzo lubił.

Przewrotnie życie daje im szansę na wdrożenie najgłębiej skrywanych myśli „co by było, gdybym wtedy…”. Budzą się piękni dwudziestoletni tacy, jakimi byli w dniu poznania się. Tylko ta Polska nie jest już taka sama. A bardziej precyzyjnie – różni się kilkoma istotnymi szczegółami. Na przykład takim: zamiast radzieckiego „pekinu” przy Marszałkowskiej napotykają kolorowo oświetloną wieżę dumnie prężącą się na prawym brzegu Wisły. Lustrzaną kopię wieży Eiffla.

 

Jak nietrudno się domyślić, historia połowy XX wieku potoczyła się nieco odmiennie i także Polska dostała swoją drugą szansę.

„Jak zawsze” jest lekturą przewrotną. Zaczynając z wysokiego „C” przygotowaniem starszych ludzi do łóżkowych wygibasów najeżona ironią opowieść szybko zmienia się w opowiadanie o historii alternatywnej. Sporo już napisano na ten temat, ze sławnym „Człowiekiem z wysokiego Zamku” na czele. W wydaniu rodzimym Polska przeważnie wygrywa wojnę lub też przeciwnie – wojnę przegrywa, ale pozostaje w strefie wpływów germańskich. Miłoszewski tworzy własną alternatywę, rzucając naród w objęcia neokolonialnej Francji. Ale na tym koniec analogii do innych powieści S-F. W wydaniu pana Zygmunta alternatywna rzeczywistość podejrzanie upodabnia się do tej, którą znamy ze starych kronik filmowych. Sarkazm i satyra wychodzą na plan pierwszy, daleko w tyle zostawiając wątek dwojga ludzi, którzy mają drugą szansę na zbudowanie swojego życia.

Pan Eugeniusz nalał zupełnie odruchowo, u Polaków w najstarszych strukturach mózgu, tuż
obok ośrodków odpowiedzialnych za walkę i ucieczkę, zakodowany jest gest polania wódki
w momencie wyjątkowo głębokiej zadumy w trakcie dyskusji, sygnalizowanej płynącym z głębi
serca „a idź pan w chuj”.

 

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 17 września 2018 w literatura 2018

 

Tagi: , , , , ,

Zima stulecia – Grzegorz Sieczkowski

Jeszcze 28 grudnia 1978 roku pogoda w umiarkowany sposób dokuczała Polakom. W nocy z 29 na 30 grudnia potężne masy mroźnego arktycznego powietrza zmieniły przygotowania do hucznego Sylwestra, w huczny upadek PRL-u. Przynajmniej moralny, bo formalnie towarzysz Edward Gierek porządził jeszcze dwa lata, a sam system kolejną dekadę.

W amerykańskim kinie potężne uderzenie mrozu stanowiłoby kanwę do kinowego hitu. Takiego z kompletną katastrofą na początku, dzielnym strażakiem i końcowym ujęciem łopoczącego sztandaru nad przywalonym śniegiem Białym Domem. Ubrana w pokraczne fatałaszki bieda-kraju Polska pod małymi dramatami ludzi skrywa raczej materiał na jeszcze jedną komedię Barei.

Reportaż Grzegorza Sieczkowskiego to kawał dziennikarskiej roboty. Autor przeprowadził wywiady i zebrał wspomnienia wielu uczestników i światków tamtych dni. Anegdoty z cyklu „how to survive” opisują imprezowiczów z wyjątkowym uporem człapiących na sylwestrowe domówki, dzielnych dyrektorów warszawskiego SPEC-a jeżdżących taksówkami do masowych awarii ciepłowniczych. Tu i ówdzie pojawia się pobieżna analiza stanu Państwa i jego rozpaczliwych prób walki z żywiołem. Zresztą kolejnym po klęskach nieurodzaju i powolnym rozkładem najsprawiedliwszego systemu społecznego.

Jest sentymentalnie, bo Sieczkowski kreśli nie tylko samą „Zimę Stulecia”, ale i niełatwe życie z codziennością Peerelu.

Mankamentem książki jest jej konspekt – pozbawiony budzącej ciekawość osi a podający po prostu kolejne wspomnienia i historyjki. W większości ciekawe, ale momentami nieco banalne i przynudzające. Reportażowi zabrakło też pointy – czy raczej rozmyła się ona wraz z wiosennymi roztopami 1979.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 21 czerwca 2018 w literatura 2018

 

Tagi: , , ,

Slużby specjalne. Podwójna przykrywka – Patryk Vega

Wystarczy spojrzeć na okładkę, by zrozumieć podmiot liryczny książki. Z taką fizis Jarosław Pieczonka nie musiał czuć się obco wśród wszystkich zbójów i bandziochów ,z jakimi przyszło mu się potykać. A nawet lubić, co sam – nie bez dużej satysfakcji – wielokrotnie przyznaje.

Bo jak powszechnie wiadomo, szacun na dzielni to jednak podstawa.

Kolejna z książek Patryka Vegi, którą czyta się jak dobrą powieść kryminalną. Vega ma naturalny talent do beletryzowania polskich patologii na osi policja – zbiry. Jaką męką musiało być wysłuchanie i ubranie w słowa wywiadu rzeki z Pieczonką ergo „Majami” wie natomiast tylko sam autor.

Podążając za wyznaniami szarej eminencji polskiego wymiaru sprawiedliwości Vega stara się jak może, żeby bohatera Pieczonkę prowadzić ścieżką rycerza w błyszczącej zbroi. Nie zawsze się udaje, bo życiorysowi „Majami” bliżej jest do mafijnych oponentów niż do sznytu mściciela bez skazy.

Tytułowa „podwójna przykrywka” to dygresja do kilku wcieleń Pieczonki Jarosława – zarówno podczas pracy w kontrwywiadzie jak i podczas kafarowania u kilku trójmiejskich bonzów biznesowych.

Czytać między wierszami 🙂

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 5 marca 2018 w literatura 2018

 

Tagi: , , , ,

Czerwona zaraza – Dariusz Kaliński

Jak naprawdę wyglądało wyzwolenie Polski? W ustach Dariusza Kalińskiego to pytanie oczywiście retoryczne. Książki nie ocenia się po okładce – chyba, że zawiera sugestywną fotografię a sama seria krojona jest pod publiczkę. Nie zaglądając do środka wiadomo więc, że wyzwolenie Polski wyglądało źle.

„Czerwona zaraza” nie przedstawia faktów historycznych będących wynikiem własnej żmudnej pracy w archiwach. To raczej zbiór znanych – choć nie powszechnie – faktów o prawdziwej twarzy Armii Czerwonej. Twarzy o rysach Kałmuka zdeprawowanego wojną, radziecką indoktrynacją, nienawiścią do „giermańca”. Czy nawet do wszystkiego, co w oczach sowieckiego człowieka z pepeszą na germańskie wygląda. Wyposzczonego marną aprowizacją i komunistyczną biedą. Zdziczałego nieustannym deptaniem oficerskim butem i groźbą kuli w łeb od sunącej tuż za frontem NKWD.

Przejście Czerwonej Armii w tą i z powrotem przez Polskę nie mogło być inne. Milionowe armie bez wystarczającego zaplecza, gnane bez szacunku dla ludzkiego życia na wściekle broniący się Wermacht znalazły się nagle na „ziemi obiecanej”. Milcząca aprobata dowództwa nie pomagała w utrzymaniu w ryzach tej bandy XX dzikusów.

Autor przeleciał się po temacie w podręcznikowym stylu i takim też języku. Grupując nieprawości tematycznie, każdy z rozdziałów opowiada swoją historię – od powszechnego rabunku, brutalnych gwałtów, okrucieństwa i zalegalizowanego bezprawia wyzwolicieli po mordy polskich żołnierzy AK i partyzantów. Jest też miejsce dla opowieści o ponownym wykorzystywaniu byłych obozów zagłady – dla Polaków zagrażających nowej władzy.

Wszystko to prawda, ale pisana piórem Dariusza Kalińskiego sprawia wrażenie świętego oburzenia na potrzebę udowodnienia własnej tezy. Momentami w jedynym słusznym prawicowo stylu. Mnogość poruszonych tematów wyklucza rzeczowość, a to ma wpływ na obiektywizm.  Brak zaś obiektywnego podejścia do tematu jest głównym zarzutem pierwszego dziełka autora dotychczas znanego z krótkich form internetowych na historycznym portalu. Końcowe akapity książki zawierają wybrane wspomnienia wojenne – czasami sprzeczne z zamysłem książki, bo opisujące także zwykłą, ludzką twarz ruskiej hołoty.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 23 grudnia 2017 w literatura 2017

 

Tagi: , , , ,

Simona, Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak – Anna Kamińska

Poczet wielkich artystów w rodzinie musiał ją przytłaczać. Od najmłodszych lat „przetestowana” z pędzlem w pracowni ojca nie rokowała artystycznych nadziei. Dla nestora rodu stała się niewidzialna. Brak talentu malarskiego byłby jeszcze możliwy do korekty. Gorzej z płcią – wielkim rozczarowaniem ojca. Zanim się urodziła, w planach była czwartym Kossakiem. Po wybitnych trzech pokoleniach malarzy: Juliuszu, Wojciechu i Jerzym, w kolejnym pokoleniu rodziły się wyłącznie kobiety. Z przyjściem na świat Simony prysły ostatnie marzenia Jerzego na kontynuację wielkiego rodu.

Simona Kossak wychowywała się w dziwnym domu. Życie ukształtowało ją w kobietę niezależną, ale nie stroniącą od ludzi. Jej miłością stały się zwierzęta. To im poświęciła się bez reszty, stając się pierwszym profesorem i naukowcem w artystycznej rodzinie rodzinie Kossaków.

Biografia Simony Kossak to podróż sentymentalna przez dawny Kraków, rodzinną Kossakówkę aż do odludnej leśniczówki „Dziedzinka” w Puszczy Białowieskiej. Anna Kamińska podąża tropem Simony Kossak kreśląc portret osoby nietuzinkowej.

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 1 grudnia 2017 w literatura 2017

 

Tagi: , , , ,

Lolo – Marta Szreder

Karol Kot, uczeń technikum energetycznego w Krakowie z wyglądu bardziej przypominał cherubinka niż groźnego przestępcę. Nawet pierwsza zbrodnia jakiej dokonał bliższa była wybrykowi młodego nieudacznika niż dziełem „Wampira z Krakowa”, jak szumnie ochrzciła go ulica.

We wrześniu 1964 roku osiemnastolatek nieudolnie zaatakował w kościele. Starsza kobieta, którą dźgnął w plecy dopiero w domu zorientowała się, że jest ofiarą napadu. Kolejne zbrodnie zyskiwały na skuteczności.

Kraków opanowała psychoza, milicja była bezradna. Sprawca uszedłby bezkarnie nieudolnym organom ścigania, gdyby nie przyzwyczajenia. Mordercze instynkty powróciły po dwóch latach. Co rzadkie w przypadku seryjnych morderców, teraz ofiarami stały się dzieci.

Morderca złapany dzięki zeznaniom jego znajomej długo nie przyznawał się do winy. Po konfrontacji z niedoszłą ofiarą Lolo zaskakująco otworzył się, opowiadając o kolejnych zbrodniach i własnych perwersyjnych marzeniach. Jego wyznania były prawdziwym szokiem. Spod pancerzyka miłego chłopca wykluł się prawdziwy zwyrodnialec. Wystarczy jedna wypowiedź chorego umysłu:

Dobrem jest to, co jest przyjemne. Jeśli więc mnie sprawiało satysfakcję i zadowolenie zgładzanie ludzi, to było to postępowanie zgodne z moją moralnością. Ja siebie nie uważam za drania. Drań to taki, który jest pijakiem, złym człowiekiem. Ja zaś uważam siebie za dobrego człowieka. Dokonywane przeze mnie mordy to była moja prywatna sprawa. Byłbym złym człowiekiem, gdybym pił wódkę i zadawał się z prostytutkami. Można więc być mordercą i zarazem dobrym człowiekiem, tak jak ja. Nie jestem draniem czy zbrodniarzem, ale tylko mordercą.

Marta Szreder opisuje tytułowego „Lolo” przewrotnie. Większą część książki buduje obraz chłopca delikatnego i być może niezupełnie stabilnego emocjonalnie, ale dalekiego od podejrzeń o zbrodnię. Tak już zostanie do końca, jakby rzeczywista historia Karola Kota nie dotarła do autorki. Być może to figura stylistyczna, której zadaniem miało być dotarcie do istoty zwichrowanej duszy seryjnego mordercy – truciciela. Czegoś tu jednak zabrakło – w książce Marty Szreder, mały Karolek nigdy nie przemienił się w czerwonego pająka.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 26 października 2017 w literatura 2017

 

Tagi: , , , , ,