RSS

Archiwa tagu: ZSRR

Sołdat – Nikołaj Nikulin

Mówi się, że temat wojny został wyczerpany w naszej literaturze. W rzeczywistości nawet nie zaczęto pisać jej prawdziwej historii. Za chwilę nie będzie już wśród żywych świadków i czarne plamy na jasnym obliczu Zwycięstwa pozostaną na zawsze. Wojny zawsze zamieniały ludzi w nawóz, który użyźniał glebę przyszłości. Poległych zapominano natychmiast, zawsze byli tylko zbędnym balastem dla pamięci.

Większość pamiętników opiewa samą ideę wojny, stwarzając tym samym przesłanki dla nowych planów wojennych. Zaś płacą za to wszystko ci, co giną od kuli, realizując plany generałów. Ci, którym wojna jest absolutnie niepotrzebna – pamiętników nie piszą.

Podczas wojny człowiek traci wszystko, czym żył dotąd – rodziców, żonę, dzieci, majątek, książki, przyjaciół, swoje środowisko. Otrzymuje odzierający go z indywidualności mundur i broń, aby czynić zło. Jest bezbronny wobec dowódcy, prawie zawsze niesprawiedliwego i pijanego, który zmusza go do wybryków, gwałtów i zabójstw. Innymi słowy, człowiek traci na wojnie ludzkie oblicze i staje się dzikim zwierzem: żre, śpi i zabija. Tymczasem dana człowiekowi przez Boga dusza na wszelkie sposoby sprzeciwia się tej metamorfozie. Niewielu udaje się zwyciężyć w tym pojedynku słabego człowieka z ogromną i bezlitosną wojną.

Nikołaj Nikulin został wcielony do armii w 1941 roku. Jako jeden z nielicznych przeszedł cały szlak od Leningradu do Berlina. W Armii Czerwonej, w której człowiek był jedynym zasobem bez ograniczeń to wyjątkowy łut szczęścia. Weterani Związku Radzieckiego to przede wszystkim obwieszeni medalami generałowie i dowódcy drugiej linii frontu. Zwykli żołnierze wszak pamiętników nie piszą. Wspomnieniem po nich zostały bezimienne kości rozrzucone wzdłuż linii frontu.

Prawdziwa do bólu, pozbawiona radzieckiej propagandy biografia mogła ukazać się za czasów Związku Radzieckiego. Nawet dziś jest unikatem wśród wojennych wspomnień. Wstrząsające świadectwo sowieckiej bezwzględności i zdziczenia.

Reklamy
 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 6 października 2019 w literatura 2019

 

Tagi: , , , ,

Fotograf

fotografTatiana, młoda moskiewska policjantka jest jedyną, jaka przeżyła samotne tet a tet z seryjnym mordercą. Rosyjscy stróże prawa nazywają go „fotograf”, bo na miejscu zbrodni bawi się policyjnego pstryka stawiającego numerki przy kolejnych dowodach.

Prowadzący śledztwo major Lebiatkin (oczywiście stary wyga, przepity głos i inne oklepane oznaki bycia starym gliną) dostrzega wyjątkową zdolność młodej adeptki radzieckiej służby pościgowej do okrywania najbardziej skomplikowanych spraw. Razem ruszają w pościg.

Ślad prowadzi do Legnicy, z jego renomą eksterytorialnej małej Rosji w środku polskiego miasta. To tutaj w epoce kwitnącego PRL-u rozpoczyna się prawdziwa historia dżentelmena nazywanego „fotografem”.

Choć „Fotograf” w większości operuje językiem Puszkina, to jest polską produkcją. Waldemar Krzystek był już w Legnicy z kamerą, czego efektem jest „Mała Moskwa”.

W najnowszym filmie reżyser sięga po kryminał, ale grzęźnie w nim jak mucha coraz bardziej klejąca się do lepu. Na scenę wjeżdżają kolejni aktorzy i kolejne wątki plączące główną intrygę.

Krzystek gmatwa śledztwo podróżami w tą i z powrotem od lat 70-ych do XXI wieku. Trzeba być czujnym, bo wśród wyskakujących wciąż scenek niektóre są jak klucz do kolejnej komory z zagadkami. Niestety nie brakuje też absurdów, w których istnieniu początkowo doszukuje się drugiego dna. Niestety dna nie ma, a pomysły reżysera oszałamiają (śmiesznością).

Byłoby dobrze, gdyby autor zatrzymał się na wątkach kryminalnych lub – chyba z lepszym skutkiem – zagłębił się w trudne relacje polsko – radzieckie i wynikającą z nich wciąż niezabliźnioną „trudną przyjaźń”. Krzystek nie mógł się jednak powstrzymać i do jednego filmu wrzucił nadmiar składników.

„Fotograf” ma dobre momenty, ale przede wszystkim nadmiernie komplikuje opowieść i irytuje amatorskimi uproszczeniami.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 13 grudnia 2016 w kino 2016

 

Tagi: , , ,

Wszystko płynie – Wasilij Grossman

Wszystko plynie GrossmanNa fali odwilży po śmierci Stalina Iwan Grigoriewicz opuszcza Gułag z pozwoleniem spotkania się z bratem z Moskwie. Trzydzieści lat łagrów robią swoje nie tylko w umysłach skazańców, ale i w głowach szczęśliwców wiodących swoje mrówcze życie nietknięte przez szaleństwo totalitaryzmu.

Podróż Iwana Grigoriewicza do Moskwy to także podróż przez życie. Bohater wspomina przeszłość i ludzi, których spotkał na swojej drodze. „Wszystko płynie” jest traktatem historiozoficznym, który oprócz udręki jednostki opowiada o losach milionów. Wstrząsające opisy głodu na Ukrainie, retoryczne pytania o duszę Rosji – tysiącletniej niewolnicy i chwila zastanowienia nad cechami narodu, który wciąż ponad własną wolność ceni magnetyczną moc twardej pięści (cara, Lenina, Stalina). Na zaledwie kilkuset stronach Grossmanowi udało się zmieścić to, co Sołżenicyn opowiedział w wielotomowej księdze. Opowieść Wasilija Grossmana jest niczymścinający krew w żyłach ersatz myśli humanistycznej – najgorsze lata Stalinizmu w pigułce.

Wasilij Grossman nie był zdeklarowanym dysydentem. W trakcie „wielkiej wojny ojczyźnianej” miał romans z systemem, w którym jako korespondent wojenny „Krasnej Zwiezdy” pisał podtrzymujące na duchu reportaże z pól bitew. Opiewał męstwo ludzi, a nie geniusz Wielkiego Generalissimusa. Jego relacje z czystek etnicznych i eksterminacji Żydów stały się podstawą w procesach norymberskich.

Wrażliwy społecznie Grossman oprócz dokumentowania bestialstwa Hitlera dostrzegł nie mniej zatrważające zbrodnie swojego narodu.Голодомор na Ukrainie i negatywne spojrzenie na rosyjski totalitaryzm nie mogły się podobać systemowi. Rezim zerwał laury z głowy Grossmana, ale co ciekawe Grossman nie skończył w masowym grobie ofiar Łubianki czy jako więzień Gułagu.

Tym bardziej zdumiewające jest to, że złe czasy przetrwały zarówno kopie „Życia i Losu” (którego rękopis – a wg wielu źródeł nawet taśma z maszyny do pisania – zostały skonfisowane przez NKWD) jak i druzgocącego „Wszystko płynie”. Lektura obowiązkowa dla każdego, komu wydaje się że Lenin był dobry, Stalin uratował świat a za Gomułki było lepiej.

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 2 kwietnia 2016 w literatura 2016

 

Tagi: , , ,

Czasy secondhand – Swietłana Aleksijewicz

czasy-secondhandPytanie o istnienie „Czerwonego Człowieka” to pytanie retoryczne. Chociaż od smutnego końca Imperium minęło 25 lat a smrodek rozkładającego się trupa czuć ze Wschodu od przynajmniej 35, Czerwony nadal trzyma się mocno. Jest w umysłach Nowych Ruskich pławiących się w szampanie i we wspomnieniach wegetującej  biedoty, śniącej o czasach świetności ludu o złotych zębach.

„Czasy Secondhand” podzielone są na ciągi reportaży – wywiadów rzek. Swietłana Aleksijewicz dociera do wielu kręgów, cierpliwie notując intymne spowiedzi spadkobierców ZSRR. Bez względu na zasobność portfela w każdym z nich siedzi rosyjska dusza, zwyczajna bydlęcemu traktowaniu a mimo to pełna nostalgii.

Jasny podział – wynikający także z układu książki – przebiega pomiędzy tymi, dla których upadek Związku Radzieckiego był końcem świata i dla tych, którzy wpisali się w gorbaczowsko – jelcynowsko – putinowski krajobraz nowej Rosji. Dla wszystkich krach czerwonego kolosa był szokiem a lata 90-te upadkiem dumnego narodu.

U Swietłany Aleksijewicz przeważa smutna nuta. Większość radzieckich obywateli nie zdołało podnieść się z mentalnego komunizmu i państwowości Sowietskich Sajuzow. Niczym ofiary z syndromem sztokholmskim ludzie radzieccy nie dostrzegają smutnej historii swojego kraju jako przyczynku do obecnej biedy i lichości. Ludzka pamięć jest wybiórcza.

„Czasy Secondhand” to lektura obowiązkowa dla Polaków. W epoce dyszącego na Wschodzie Putlera warto lepiej poznać braci Słowian i zrozumieć ich lepiej.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 18 czerwca 2015 w kino 2015

 

Tagi: , , , , ,

W otchłani mroku – Marek Krajewski

W otchlani mroku KrajewskiPiąta w kolejności powieść, której bohaterem jest Edward Popielski. Marek Krajewski krzepnie w swoim pisarstwie, eksperymentując nieco z formą. „W otchłani mroku” po raz pierwszy pojawia się zapis w pierwszej osobie. Format ten ma swój powód, którego w recenzji wyjawiać nie należy. Książka nie ma też precyzyjnych ram czasowych jak miało to miejsce w cyklu o Eberhardzie Mocku. Nie oznacza to całkowitego zagubienia w czasie. Autor w charakterystyczny sposób nadaje rytm opowieści dzieląc wątki latami.

Zasadnicza akcja „Otchłani..” toczy się w chaosie 1946 roku. Umiejscowiona tuż po „Rzekach Hadesu” akcja zastaje Popielskiego bezpiecznego po nagonce UB. To jednak wciąż zdewastowany Wrocław, który dopiero co przestał nazywać się „Breslau”. Ulice przywalone gruzem i pogorzeliskami są niemym świadkiem parady zwycięzców. Armia Czerwona traktuje miasto jak należne trofeum. Jak hordy Czyngis Hana biorą wszystko – od rowerów i srebrnej zastawy – po dziewictwo uczennic gimnazjum. Creme de la creme książki jest jednak irracjonalna w tych warunkach walka filozofów. W otchłani piekła, gdzie UB walczy o prymat bestialstwa z Armią Czerwoną i NKWD, dwóch profesorów akademickich rozpoczyna śmiertelnie poważny spór o dogmaty ludzkiej egzystencji.

Krajewski nie byłby sobą, gdyby akcja nie zakotwiczyła we współczesności. Rok 2012 służący autorowi za wstęp i arenę książkowej pointy poprzedzają jeszcze dwie daty: 1989 i 1991. Przaśne lata III RP spajają mroczną przeszłość z teraźniejszością w tradycyjnie u tego autora zaskakujące „brakujące ogniwa”.

Chociaż proza Marka Krajewskiego rozrosła się do małego zbiorku a kolejny kryminał w zasadzie idzie przetartą ścieżką poprzedników, nadal przyjemnie czyta się tego autora. Raz jeszcze można cieszyć się z maestrii wrocławskiego pisarza, życząc mu kolejnych udanych książek z galaktyki Popielskiego i Mocka.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 18 lutego 2015 w literatura 2015

 

Tagi: , , , , , , , , , , ,