RSS

Archiwa tagu: US Army

The Yellow Birds

Dwóch rekrutów US Army konfrontuje swoje romantyczne marzenie o służbie w armii z frustrującą rzeczywistością pola walki. Dwudziestoletni Brandon i ledwie osiemnastoletni Daniel trafiają pod skrzydła sierżanta Sterlinga. Sterling to typowy „pies wojny” pozujący na ogorzałego twardziela, ale skrywający własne traumy.

Po początkowym zachłystnięciu się wojenką „żółtodzioby” dostrzegają jej prawdziwe oblicze. Wrażliwszy i młodszy Daniel Murphy nie wytrzymuje bitewnego stresu. Po powrocie do domu, Brandon musi stawić czoła nie tylko własnym demonom wojny. Do załatwienia pozostaje też przysięga, jaką złożył przed wyjazdem matce Daniela – jeśli coś stanie się koledze, Brandon będzie tym, który przekaże wieść rodzicom.

„The Yellow Birds” zasługuje na więcej niż pozornie może otrzymać. Dramat wojenny, w którym celowo ominięto proces urabiania rekrutów i rozbudowane wątki militarne przeplata batalistyczne sceny z Bliskiego Wschodu ze swojskim krajobrazem amerykańskiej prowincji. Pustynny kamuflaż i brud są równie ponure co amerykańskie sztandary przed domami weteranów w Wirginii. Zderzenie z wojną rujnuje nie tylko żołnierzy, ale i ich pozostające w domu rodzin. Niezależnie od tego czy przetrwają bitwę, dawne życie bezpowrotnie się kończy.

 

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 8 października 2018 w kino 2018

 

Tagi: , , , ,

Tropikalne piekło – Artur Fowler

Jedną z pierwszych decyzji nowego prezydenta Lyndona B. Johnsona jest zwiększenie kontyngentu wojsk amerykańskich w Wietnamie. Od 1964 roku Ameryka wysyła co miesiąc dziesiątki tysięcy poborowych, osiągając w szczytowym okresie liczbę ponad pół miliona żołnierzy stacjonujących w tym azjatyckim kraju. Większość z nich stanowią świeżo wyszkoleni rekruci, szybko stający się mięsem armatnim w tym konflikcie.

Tom Swanson jest jednym z nich. Chłopiec z dobrego domu i student Harvardu zgłasza się jako ochotnik po zerwaniu z dziewczyną. Na miejscu natychmiast orientuje się jak duży błąd popełnił. W Wietnamie wszyscy są równi – bez względu na kolor skóry czy pochodzenie. W równym stopniu muszą przystosować się do ponurej rzeczywistości licząc na cud przetrwania do końca regulaminowej służby.

„Tropikalne Piekło” jest literackim hołdem dla 173 Brygady Powietrznodesantowej „Sky Soldiers”. Jednostka brała udział w największej operacji desantowej od 1945 roku – „Operation Junction City”. W bitwie o „Dak To” brygada poniosła poważne straty i została czasowo przeniesiona na tyły.

Wojenne losy Swansona i jego kolegów są jedynie fabularnym ozdobnikiem książki. Jej głównym bohaterem jest wojna sama w sobie. Arthur Fowler relacjonuje walki 173 Brygady w niemalże reporterskim stylu. Chociaż o autorze nie wiadomo zbyt wiele, najwyraźniej ma za sobą karierę w armii – znaczną część książki stanowią detaliczne opisy wyposażenia Airborne – od regulaminowych kalesonów po moździerze i ciężkie pojazdy opancerzone. Fowlerowi nie brakuje też wiedzy o przebiegu konfliktu, choć wiedza takowa może być z pewnością wyłacznie „encyklopedyczna”.

Po kilku rozdziałach lektura staje się równie monotonna, co brutalna codzienność U.S Marines: desant, przemarsz przez wrogie terytoria, paniczny strach, nawiązanie walki. Dalej następuje chaotyczna i krwawa walka, w której bardziej liczy się łut szczęścia niż cel strategiczny.

Morał „Tropikalnego Piekła” jest banalny i oczywisty: „War is Hell”.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 10 września 2018 w literatura 2018

 

Tagi: , , ,

Sand Castle

Kolejny raz kino amerykańskie wraca do wojny w Iraku. Raz jeszcze grając na tragicznej nucie i z łopoczącym w tle amerykańskim sztandarem. To jednak dojrzała retrospekcja, więc sztandar jest już nieco przybrudzony i podarty.

Oddział piechoty dostaje rozkaz pospieszenia z pomocą lokalnej ludności. Żołnierze mają przywrócić dostawy wody w mieście. Banalny rozkaz okazuje się trudniejszy do wykonania w praktyce a chęć niesienia humanitarnej pomocy – tytułowym budowaniem zamków na piasku.

Kino wojenne w amerykańskim wydaniu przeważnie wiąże się z opowiedzeniem historii o dzielnych G.I. Joe’s

Fernando Coimbra dodał do amerykańskiego zadowolenia nieco mielonego szkła. To kolejne dzieło, które stawia znak zapytania nad sensem działań prezydentów z rodu Bush.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 8 stycznia 2018 w kino 2017

 

Tagi: , , ,

War Machine

Przebojowy czterogwiazdkowy generał amerykańskich Marines dowodzi siłami NATO w Afganistanie. Przerośnięte ego i zakuty wojskowy łeb to w gruncie rzeczy główny bohater tego filmu.

Netflix z przytupem zabrał się za kino przez duże „K”. „War Machine” ma budżet 60 milionów USD, których większa część prawdopodobnie trafiła do kieszeni najsławniejszego rozwodnika świata. Sens scenariusza kryje się w podprogowej krytyce amerykańskiej polityki zagranicznej, ale jest to przykryty potężnym pokładem „komediowym” w wykonaniu Brada Pitta. Problem w tym, że komediowość w tym przypadku jakoś nie bardzo śmieszy. Byłoby dobrze myśleć, że jest to celowy zamiar Netflixa, dotychczas mocno – choć momentami nieco stronniczo – zaangażowanego w postrzeganie rzeczywistości krytycznym okiem.

Generałowi Glennowi McMahon’owi w komediowej interpretacji Pitta bliżej jest do slapsticków Steve Martina niż subtelnej satyry na przywary wojennego managementu firmy „US Army”.

McMahon wygłasza bzdurne tyrady, obmyśla durne plany i całym sobą potwierdza głupotę, jaką są pokojowe bajdurzenia amerykańskich tuzów. W tle czają się osobiste ambicje i ułańska fantazja w małym móżdżku. Na jego sztab składają się równie przerysowane indywidua – wiecznie-drący-ryja generał furiat, cwany rzecznik cywil wbity w przepisowy mundur czy wzięty z przypadku tłumacz.

Zdumiewające jest także natrząsanie się z afgańskiego prezydenta Karzaia. Kreacja Bena Kingsleya jest doskonała, ale nie spodoba się raczej sprzymierzeńcom Ameryki w Afganistanie. Prezydent Karzai to kompletny ignorant i idiota. Aż szkoda, że w „War Machine” nie pojawił się wątek polski 🙂

Komediowe kreacje Pitta bywają dobre. Taką był występ w „Bekartach Wojny”. Rolą McMahona bożyszcze kina przeholował – ot, choćby pokracznym joggingiem i przegiętą mimiką twarzy. Mimochodem Brad Pitt wykonał podwójną woltę: sparodiował samego siebie z zaangażowanych filmów kina akcji, w których już bez próby rozśmieszenia widza robi podobne miny jak generał McMahon.

„War Machine” można ocenić w dwóch warstwach – jako slapstickowa komedia o wojsku jest śmieszna „tak sobie”. Postrzegając film jako zajadłą satyrę szerzej postrzeganej amerykańskiej bufonady Netflixowi należą się oklaski.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 9 lipca 2017 w kino 2017

 

Tagi: , , , ,

Hacksaw Ridge

Hacksaw Ridge („Przełęcz Ocalonych”) potwierdza regułę, że jeśli w kinie coś wygląda wyjątkowo nierealne, to scenariusz z pewnością napisało życie.

Adwentysta Dnia Siódmego Desmond Doss odmawia noszenia broni z pobudek moralnych. Jednocześnie honor nakazuje mu wziąć udział w wojnie i wspomagać kompanów. Sanitariusz Doss dokonuje czynów bohaterskich ratując kolejnych żołnierzy. „Z narażeniem życia” w tym przypadku trąci banałem. Jako pierwszy w historii „obdżektor” i sanitariusz otrzymał Medal of Honor. Amerykańskie odznaczenie wojenne nie jest orderem powszechnie przyznawanym. Fakt przyznania go komuś, kto odmówił noszenia broni jest znamienity i wyjątkowy.

Mel Gibson wie jak kręcić filmy. W opowiedzianej prostym liniowym wątkiem historii nie potrzebne są skomplikowane figury. Nie obyło się bez gatunkowych banałów: męskiej przyjaźni ponad uprzedzeniami, ckliwością i łopoczącym gwiaździstym sztandarem. Gibsonowi udało się jednak ominąć meandry banału i stworzyć film, który ogląda się na jednym wdechu.

Zasługa to nie tylko byłego pana Spider-Mana (Andrew Garfield) ale i sugestywnie skręconym scenom bitwy o Okinawę. Jej realizm poraża podobnie jak „Kompania Braci” czy „Szeregowiec Ryan”.

 

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 4 czerwca 2017 w kino 2017

 

Tagi: , , , , ,

Outpost 37

Outpost 37Dobry jak na kino B klasy: przyzwoicie nakręcony, dopracowany w warstwie efektów specjalnych, nieźle zagrany. Razić może scenariusz i wzbudzające uśmiech uproszczenia fabularne.

Posterunek 37 jest jednym z ostatnich miejsc, w których ludzkość styka się z Obcymi. Znajdujący się gdzieś na ziemiach Afganistanu (sic!), zbity z blachy posterunek, w którym stacjonuje kilkunastu twardzieli. To pierwsza z nieprzekonujących teorii – pomimo obecności wrogiej kosmicznej rasy na Ziemi, buforem jest zapomniany posterunek w środku niczego.

Inne? Obcy pojawiają się ni stąd, ni zowąd strzelając niebieską plazmą i zawsze (!) haniebnie pudłują; cały potężny system ochrony „przeciw – alienowej” nie zauważa monstrualnej  konstrukcji na środku pustkowia. I tak dalej.

Dzielni amerykańscy żołnierze plus jeden niemiecki (sic! ale dlaczego nie brytyjscy lub z RPA?) co noc prują z czego się da w pojawiające się zagrożenie. Akcja toczy się nawet sprawnie, choć najczęściej bezsensownie.

Zadziwiająca jest konkluzja, że „Outpost 37” wykłada się na spójności scenariusza a broni w materii, w której nie ma szans z miliarderami z Kalifornii. Najwyraźniej trudniej dziś o dobre pomysły niż o szybkie komputery graficzne.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 3 czerwca 2015 w kino 2015

 

Tagi: , , ,

Camp X-Ray

Camp-X-RayNominacja na Sundance Film Festival 2014 brzmi zachęcająco, podnosząc „Camp X-Ray” do rangi quasi dokumentu. Dokument to jednak nie jest, a tylko próba dotknięcia tematu niewygodnego dla światowej opoki demokracji.

Szeregowa Amy Cole (Kristen Stewart) przybywa do bazy Guantanamo, aby pełnić służbę „wartowniczą”. Rola klawisza opakowana jest szeregiem pozorów takich jak nazywanie więźniów „osadzonymi”. Historia od początku chwieje się w posadach – nie wiemy skąd wzięła się strażniczka Amy, widzimy natomiast że zupełnie nie pasuje do miejsca i charakteru pracy.

Wśród jawnie zdziczałych rezydentów bazy (których rolą jest scenariuszowe podkreślenie, że „należy im się”) jest Ali Amir. Człowiek, którego winę znamy wyłącznie ze sceny wykładania kilku telefonów na stół w jakiejś obskurnej arabskiej ruderze, od początku nie pasuje do rysu ultrasa. Dobrotliwa twarz Peymana Moaadi (aktor głośnego irańskiego „Rozstania”, rodowity Nowojorczyk 🙂 jest jak czerwona kartka dla Ameryki – pomimo szympansiego dowcipu z rzucaniem odchodami i wymodelowanej agresji od razu daje się lubić i podważa teorię wyjątkowych zbirów trzymanych poza wszelkimi prawami świata. Podczas gdy reszta osadzonych złowrogo zawodzi cytatami z koranu w oryginale Ali Amir narzeka na brak siódmej części Harrego Pottera w obozowej biblioteczce.

Oś Amy – Ali to główny i w zasadzie jedyny temat filmu. Reszta to otoczka i epizody podkreślające główną tezę. Peter Sattler podnosi nie tyle głos, co głosik w dyskusji na temat Guantanamo – nie ma tu ani kontrowersji reżimu więzienia ani słów oburzenia na deptanie ludzkiej godności. Sygnałem radykalizmu US Marines jest przenoszenie więźnia z celi do celi a więźniowie to upośledzeni umysłowo osobnicy walczący o tytuł najdłużej żonglującego piłką.

Twórcy starali się nadać Kristen Stewart rys „GI Joe” jednocześnie uwrażliwiając ją społecznie na problem moralnie wątpliwych powodów istnienia Guantanamo. Nie wyszło. Kochająca wampiry dziewczyna z miną w „dziubek” nie jest wiarygodna w roli żołnierza wyselekcjonowanego do zadań specjalnych. Twórcom udało się za to stworzyć mimochodem udany film obyczajowy o kontakcie Wschodu z Zachodem. Film, dodajmy, do nakręcenia w dowolnej lokalizacji gdzie stykają się te światy.

„Camp X-Ray” razi sztucznością, ale wciąga sprawną realizacją i aktorstwem Peymana Moaadi’ego. Choć nobilitujący znaczek „Sudance” nie powinien być wyznacznikiem jakości, film warto obejrzeć.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 20 Maj 2015 w kino 2015

 

Tagi: , , , ,

American Sniper

American-SniperClint Eastwood ma już 84 lata i starzeje się jak wino. Rozpoczął od legendarnych, choć niezbyt ambitnych spaghetti westernów. Sławę przyniósł mu Brudny Harry – znak swoich – brutalnych – czasów i legenda kina akcji. Mając lat 60 w wielkim stylu wrócił do westernu. Od czasu „Bez Przebaczenia” nikt już nie ma wątpliwości, że dawny mściciel z Magnum ma wielki talent reżyserski.

„American Sniper” to już piąty film z nominacjami do Oscara za najlepszy film.

Opowieść o życiu Chrisa Kayle’a – legendarnego snajpera Navy Seals jest jak barometr Ameryki. Film Eastwooda opowiada o wojnie w Iraku – kolejnym kamieniu milowym w historii tego kraju. Jest tu miejsce na patos i łopot flagi, ale z opowieści wyziera współcześnie bolesny obraz tego konfliktu. Podglądając kolejne tury służby Kayle’a reżyser przechodzi od nasyconych barw „red-white-blue” do odcieni sepii. Początkowa ufność w amerykańskie ideały zmienia się w zagubienie i wątpliwości.

Pełna adrenaliny akcja najwyższej próby tylko momentami daje oddech widzowi. Zwolnienie tempa wyznaczają kolejne scenki domowe, w których Eastwood kreśli traumy współczesnych wojowników – sentymentalny patriotyzm, zabawę w wojnę czy wreszcie PTSD (post traumatic stress disorder) jako wierzchołek góry lodowej psychicznych problemów ludzi, którzy poświęcili się wojnie. Bradley Cooper w roli legendarnego snajpera okazał się strzałem w dziesiątkę. Aktor nie szarżuje z rolą, wręcz wycofując się do pozycji lekko nieśmiałego Teksańczyka. Zabieg ten nadaje roli autentyzmu i nuty dramatycznej. Nic dziwnego, że rola Chrisa przyniosła Cooperowi już trzecią z rzędu (!) nominację do Oscara.

„American Sniper” z pozoru wydaje się być filmem akcji w „eastwoodowskim” stylu. Jest tak w istocie, choć wbrew pozorom styl reżysera nie polega na rąbance w teledyskowym tempie. Clint Eastwood dosypuje coś do swoich filmów, co czyni z nich filmy o niepowtarzalnym klimacie. „Snajper” nie jest filmem idealnym, chwilami brnąc w uproszczenia i banały. Jest to jednak kolejny udany film „Brudnego Harrego” i życzmy sobie kolejnych choćby na tym poziomie przynajmniej do 100 urodzin Clinta.

 
2 Komentarze

Opublikował/a w dniu 12 Maj 2015 w kino 2015

 

Tagi: , , , , ,

Fury

FuryDas Total Kampf

Kwiecień 1945. Błotnista wiosna, końcowe chwile III Rzeszy. Adolf wielki wysyła do boju ostatnie bataliony, nakazując walkę do ostatniego naboju, Druga strona jest równie zmęczona. Pochód amerykańskich chłopców trwa od dwóch lat. Za nimi Afryka Północna, Sycylia, marsz przez Europę. Każdy chciałby dotrwać do końca w całości.

Lights first time, every time!

M4 Sherman nazywany był „Ronsonem”. Niekoniecznie z uwagi na niezawodność. „Zapala od razu, za każdym razem” głosiło hasło tego producenta. Podobno trafienie amerykańskiego czołgu dawało niepowtarzalny pokaz fajerwerków. Wysoki na kilka metrów gejzer ognia z wieżyczki. Poniekąd zresztą dzięki firmie Ronson – produkującj także zapalniki do pocisków.

Ruszające na przedzie natarcia maszyny narażone były na największy ogień dział kalibru 88 mm i pancerfausty. Największym zagrożeniem stanowiły rewelacyjne PzKpfw VI Tiger. Amerykańskie średnie czołgi miały niewielkie szanse na wygraną z niemieckim kolosem.

Wardaddy znaczy śmierć

Wszystko to można zobaczyć śledząc załogę „Fury”, jednego z czołgów 2 dywizji pancernej „Hell on wheels” i wchodzącej w skład armii gen. Pattona.

Wszystko, a nawet więcej. Pierwszy bodaj raz w tak bezpośredni sposób filmowcy przedstawiają amerykańskich żołnierzy likwidujących jeńców czy traktujących niemieckich cywili jak zdobycz wojenną. Na pograniczu „Bękartów Wojny” Tarantino są sceny niekrytego zadowolenia z masakrowania „Niemiaszków” a w szczególności początkowe kadry filmu z Bradem Pittem. Być może reżysera Davida Ayera zainspirowała sama historia. W trakcie kamapnii włoskiej rozgrzani agresywnymi przemowami swojego generała żołnierze zabili na miejscu wielu włoskich i niemieckich jeńców.

„Fury” z marszu można zaliczyć do nurtu naturalistycznej, modnej od paru lat, szkoły filmowej. Pierwszy był oczywiście „Szeregowiec Ryan”, później serial HBO „Kompania Braci”. „Furia” jest jeszcze surowsza. Armia jest nieokrzesana, brudna i zła. Brnący w ciężkim błocie amerykański John Doe jest znieczulony wszechobecnym piekłem. Nikt nie bawi się w polerowanie guzików a trupy zgarniane są do wspólnego dołu spychaczem.

Wielkie brawa należą się producentom. Duża dbałość o szczegóły nadają filmowi wielkiego realizmu. Wszystko tu jest na swoim miejscu, od oryginalnych maszyn z Bovington Tank Museum po teutońskie zgliszcza. Nadwrażliwcy dyskutują oczywiście o szczegółach niezgodnych z rzeczywistością wiosny’45 czy nad przypadkowością hitlerowskich medali dyndających w kabinie. To jednak film rozrywkowy a nie kronika filmowa.

Bój to jest nasz ostatni

O ile w sferze scenografii (oprócz zbyt „laserowych” efektów pocisków smugowych) Sony Pictures dokonało ogromnej pracy, to fabularnie David Ayer dał się ponieść kawaleryjskiej fantazji. Ostatnia faza filmu przypomina amerykańskie dramaty wojenne z poprzedniej epoki. Reżyser postawił na atrakcyjność filmu, zupełnie odpuszczając sobie racjonalizm. Spiewające zastępy SS umundurowane prosto od krawca w kwietniu 1945 to niestety Sience Fiction. Podobnie jak ich nieporadność.

Licentia poetica Davida Ayera zepsuła nieco ten (niemalże perfekcyjny) film. Gdyby zrobili to Ruscy, uśmielibyśmy się w kułak z takiej agitki. W przypadku Brada „Wardaddy” Pitta możemy pozachwycać się jak pięknie oddaje życie za Amerykę. Bo przecież:

War never ends quietly.

 

 

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 16 lutego 2015 w kino 2015

 

Tagi: , , , , ,

Lone Survivor

Lone_SurvivorOperacja „Red Wings” miała miejsce w 2005 roku w Afganistanie. Zadaniem było wytropienie i pojmanie Ahmada Szaha, jednego z przywódców Talibów. W ramach rozpoznania czteroosobowy oddział Navy Seals został zrzucony w górach prowincji Kunar. Przypadkowe wykrycie sealsów przez tubylców i humanitarna decyzja o oszczędzeniu ich przesądziła o niepowodzeniu misji. Oddział został szybko wytropiony przez terrorystów.

Historia Marcusa Lutrella, jedynego ocalałego komandosa stała się bazą filmu Petera Berga. Berg – uznany twórca filmów akcji – wywiązał się świetnie ze swojej roli, nie ukrywając przy tym swojego patriotyzmu i dumy z żołnierzy. Choć łopot gwiaździstego sztandaru i tu się pojawi, widz nie będzie zażenowany nim tak, jak długim ujęciem na mrożonki Hortexu w naszych rodzimych produkcjach.

„Ocalony” trąci nieco agitką i nie ma w nim nowatorstwa. Pierwsze sceny to tradycyjny trening Marines. Kolejne to podkreślenie szczególnych więzów między żołnierzami. Później jest już tylko czyste kino akcji. Od czasów Rambo wiadomo, że US komandos to prawdziwy Iron Man a tubylcy atakują hordami niczym wściekłe psy. Na korzyść Berga przemawia jednak większa (niż w Rambo) realność. Przemiawia też fakt, że ta historia zdarzyła się na prawdę.

Oczywiście format zobowiązuje i jest w filmie kilka irytujących wyolbrzymień z szczerzącym białe kły głównym talibo-szwarc charakterem. Dobrze ze swojej roli wywiązuje się jednak Wahlberg z kolegami, zbliżając produkcję w stronę dobrych historii faktu i dystansując się od dzieł w stylu „Expendables”.

Dla militarystów jak znalazł na wtorkowy wieczór.

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu 8 października 2014 w kino 2014

 

Tagi: , , , ,