RSS

Archiwa tagu: Star Wars

Solo: a Star Wars story

Dlaczego nazywa się Solo, jak wygrał Sokoła Millenium od Lando Calrissiana i gdzie zdobył swój fikuśny pistolet. „Solo: a Star Wars Story” rozpoczyna kolejny spin-off ze świata Gwiezdnych Wojen. Dokładnie tak, jakbyśmy sobie tego życzyli.

Trwa bezwzględna wojna o zasoby. Prywatne korporacje i gwiezdni terroryści wyrywają sobie bezcenne paliwa. Przemytnicy i złodzieje tworzą krótkotrwałe sojusze i coraz to nowszych wrogów. Kto raz wejdzie w ten świat, pozostanie w nim na zawsze.

Na planecie Corellia młody Han (jeszcze nie Solo) wyrywa się z rąk lokalnego gangu. Trzy lata później wyrzucony z armii szeregowiec Solo dołącza do bandy Tobiasa Becketa. Napad na transport bezcennego paliwa coaxium i kolejne wspólne akcje przeistoczą młodego pilota w pewnego siebie, bezczelnego przemytnika.

„Solo” to dynamicznie prowadzona opowieść o legendzie przemytników, pełnymi garściami czerpiąca z uniwersum Gwiezdnych Wojen. Starych fanów zachwyci moment, w którym iskra połączy dwóch niezawodnych przyjaciół: Hana i Chewbaccę. Młodsi odnajdą w przygodach pilota wiele smaczków z książek i komiksów, w których głównymi bohaterami bywali osobnicy z trzeciego planu oryginalnej trylogii.

Rekordowy budżet 275 milionów USD i równie spektakularne wyniki z box office udowadniają, że „Solo” to jeden z bardziej udanych filmów gwiezdnej sagi.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 12 października 2020 w kino 2020

 

Tagi: , ,

Rouge One – a Star Wars Story

rogueone_onesheetaKiedy dziesięć lat po „Zemście Sithów” korporacja „Star Wars” wróciła z kolejną odsłoną trylogii i nieco plastikowymi bohaterami „Przebudzenia Mocy„, serce prawdziwego fana urosło na myśl o kolejnym spotkaniu z sagą, ale sam film nieco rozczarował.

„The Force Awakens” miał w sobie sporo nostalgii do źródeł serii ale też zdecydowanie za dużo pochodnych Jar-Jara, wyprodukowanych z myślą o milionach sprzedanych gadgetów.

Koncern Disneya chyba sam dostrzegł słabe strony i przy okazji produkcji „Rogue One” do głosu dopuścił oldschoolowych scenarzystów.

„Gwiezdne wojny – historie” są odnogą głównej serii, co samo w sobie nie rokuje dobrze.  Zestawiając logo Walta Disneya z ikoną popkultury obawa o chęć odcinania kuponów w przybierającym kosmiczne rozmiary merchadisingu nie byłaby  niczym dziwnym.

„Rogue One” mile zaskakuje. Choć nie ma w nim praktycznie żadnego z uwielbianych bohaterów głównej obsady, historia wciąga i nie daje się nudzić do końca seansu.

Grupka rebeliantów wciela w życie śmiały plan kradzieży planów potężnej broni Imperium. Gwiazdę Śmierci znamy. Czas na genezę jej powstania i awanturniczą przygodę z Jyn Erso, córką Galena, projektanta broni niszczącej całe planety. Historia „Rogue One” konsekwentnie nie próbuje wejść na tory głównych wątków Sagi. Widziana z poziomu zwykłych obywateli Imperium opowieść jest wciągająca i wystarczająco chropowata, żeby uwieść największych purystów starej „Nowej Nadziei”. Krążowniki, maszyny kroczące i szturmowcy przypominają to co najlepsze po złej stronie mocy. Ostatnia scena wbija w fotel.

Dawno temu gdzieś w odległej galaktyce mały chłopiec z bijącym sercem stał przed nieistniejącym dziś kinem „Syrena”, patrząc na ręcznie malowany, krzywy tytuł „Imperium Kontratakuje”. Po „Rogue One” ułamek tamtego uczucia powrócił.

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 30 kwietnia 2017 w kino 2016

 

Tagi: , , ,

Star Wars – The Force Awakens

Star-Wars-The-Force-AwakensPrzebudzenie nostalgii. Pięćdziesięcioletni J.J. Abrams staje się etatowym reanimatorem legend, a przy okazji i gwiazd. I nie o Gwiazdę Śmierci tu chodzi (chociaż o nią też).

Po wyjściu na światło dzienne faktu, że kolejny cykl Gwiezdnych Wojen zrealizuje Abrams – reżyser ostatnich dwóch „Star Treków”, wielu fanów ogarnęło przerażenie.

Bez strachu – pięćdziesięciolatek wychował się po właściwej stronie mocy.

„The Force Awakens” to dobrze odrobiona praca domowa reżysera, który miał 11 lat gdy obejrzał „Nową Nadzieję”. W filmie widać rękę człowieka ceniącego trzy najbardziej klasyczne części i wyciągającego wnioski. J.J. Abrams uniknął nie tylko pomieszania dwóch kanonów S-F (dla niewtajemniczonych: „Star Trek” i „Star Wars” 🙂 ), ale zgrabnie wybrnął z zapędów Disneya do odwrócenia kolejności film – merchandising.

Słowem – w filmie nie ma szczęśliwie Jar Jarów i innych pluszowych stworków koncepcyjnie gotowych do zestawów „Happy Meal”. Każde z pokoleń fanów znajdzie i tak coś najbliższego sercu – od robota piłeczki po sarkastycznego Hana Solo.

Przeładowana wątkami i bohaterami fabuła niezbyt klarownie wykłada o co tak naprawdę chodzi. Enigmatyczny „The First Order” pojawia się znikąd podobnie jak kilku złych bohaterów. Oczywiście jest też kilku dobrych, śmiesznych i wzruszających. Pojawienie się na ekranie Hana Solo, Księżniczki Lei, Chewbaccy czy R2D2 wywołuje na sali okrzyki zachwytu. Podobnie jak rozczarowanie fizjonomią głównego bohatera Ciemnej Strony Mocy, czy wręcz karykaturalna postać największego mistrza „Nowego Porządku”. Ten ostatni żywcem wyjęty z komputerów, na których rysowano „Władcę Pierścieni”, wywołuje zresztą raczej jęk rozpaczy.

Wątki, galaktyki, nowe miecze świetlne i inne niuanse nowego „odcinka” sagi wzbudzą zapewne niekończące się dyskusje w internetach.

„Przebudzenie Mocy” to z pewnością najgorętsza premiera ostatnich miesięcy. Mogło być lepiej (jak zawsze) ale w czasach potężnych komputerów graficznych nie ma powrotu do retro klimatów z początków kariery George Lucasa.

Nowi bohaterowie powoli wypierają starych, roboty są wieczne, Rebelianci triumfują a zło wciąż buduje nowe modele Gwiazdy Śmierci. Jest dobrze. Jest nowa nadzieja 🙂

 

 

 
3 Komentarze

Opublikował/a w dniu 31 grudnia 2015 w kino 2015

 

Tagi: , , ,