RSS

Archiwa tagu: rock n’roll

Blizna – Larry Sloman, Anthony Kiedis

W żyłach urodzonego w 1962 roku Anthonego Kiedisa płynie krew litewska, ale wśród przodków wokalista ma też Holendrów, Francuzów, Anglików i jak sam twierdzi kapkę genów mohikańskich. Najważniejszym pozostaje składnik zwany „Californiation”.

Biografię wokalisty RHCP wypełnia heroinowy odlot i pogoń za kolejnymi „miłościami życia”. Muzyki tu jak na lekarstwo, ale nie o proces muzycznych kreacji chodziło autorowi.

Jak wiele autobiografii samodestrukcyjncych rockmanów, opowieść Anthony’ego Kiedisa to historia z morałem. W tle dyskografia od muzycznego wygłupu w debiucie z 1984 roku, po multiplatynowy „Californication”.

Podobno dziś Anthony medytuje przed każdym występem i zdrowo się odżywia. Podobno.

 

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 29 Maj 2019 w literatura 2019

 

Tagi: , , , ,

18 and Life on Skid Row – Sebastian Bach

Od pierwszych kroków w dziecięcym chórze i wstąpienia do Kid Wikkid i pierwszych profesjonalnych kroków w amerykańskim „Madame X”, do zdobycia szturmem list Billboardu i rozsadzenia zespołu rockowego przez nadciśnienie popularności.

Autobiografia Sebastiana „Bass-a” Bacha to ciekawa, choć nie odbiegająca stylem od podobnych dzieł „spowiedź” boga sceny.

Sporo tu egzaltacji i przypisywania nadprzyrodzonych znaków zdarzeniom mającym w sobie pierwiastek przypadku. Nie mniej płaczliwych wspomnień rodzinnych. Cream de la Cream książki są oczywiście wspomnienia z końcówki lat 80-ych. Szczególnie w tych momentach, kiedy czytelnik ma szansę zajrzeć za kulisy zespołu kreowanego na rasowych „bad boys”.

Jak każdy „były” frontman, Bach z nostalgią i bez poczucia winy wraca do epickich tras koncertowych u boku Motley Crue, Aerosmith czy wreszcie samych „Gunsów” na trasie „Use Your Illusion”. A także do czasów najdzikszych imprez obfitujących w hektolitry Jacka Danielsa i góry białego proszku.

Bass mówi o przeszłości bez fałszywej skruchy, czasem tylko wtrącając swoiste „kiedyś to się imprezowało”. Szczerość frontmana „Skid Row” jest bezcenna, choć w dobie politycznie poprawnych biografii muzyków, musiała wywołać konsternację w wielu domach. Chociażby w San Francisco, pod adresem państwa Ulrich czy w salonie „wzorowego ucznia” rocka, pana Jona Bon Jovi.

Równie fascynująca jest wieloletnia przyjaźń Bacha z Axlem Rose. To czego przez grzeczność nie napisali w swoich biografiach Slash i Duff, po części znajdziecie u Seba Bacha.

Biografie muzyków mają jedną wspólną cechę – retrospekcja jest przeważnie ubrana w poprawny moralnie mundurek z naszywką „nie polecam”. Bach nie jest tu wyjątkiem, wyraźnie rozdzielając dwa okresy: gwiazdorsko-dziki i dojrzały (stonowany i dojrzalszy).

Ciekawostką książki są losy autora po rozstaniu z zespołem. Nudą wieje natomiast z kaznodziejstwa i pokracznych prób filozofowania. Męcząca bywa i sama struktura książki z rwącymi się wątkami i niezbyt zrozumiałymi „notatkami” autora na końcach rozdziałów. Te ostatnie nie służą niczemu, a jedynie irytują „zajawkami” nie prowadzącymi później do konkretnych historii.

„18 and Life on Skid Row” to pozycja obowiązkowa dla fanów zespołu. Póki co, dostępna tylko w oryginale.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 5 lipca 2018 w literatura 2018

 

Tagi: , , , ,

I am Ozzy – Ozzy Osbourne

The Man, who bit the head off a bat. And dove’s maybe too. The Madman. The Blizzard of Ozz. The Wicked. The individual, who invented heavy metal even if he was not aware of it. Massive drunk, smoker and junkie with spendings on it on galactic level. The one and only: Mr Ozzy Ozz-Buuuurrrrn 🙂

Reading once again, but now in original was a twice as pleasure!

When I was seventeen, I spent a whole afternoon in Sutton Park – a posh area of Birmingham – spelling out ‚O-Z-Z-Y’ across my knuckles. I went home that night feeling really fucking pleased with myself. My dad wasn’t so happy. He went white when he saw me. ‚Son, you look like a fucking idiot,’ he said.

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 21 czerwca 2018 w literatura 2018

 

Tagi: , , , ,

It’s so easy and other lies – Duff McKagan

ITS-SO-EASYWielkie zespoły rockowe łatwo rozpoznać po ilościach publikacji na ich temat. W przypadku Gunsów charakterystyczne jest to, że 4/5 oryginalnego składu grupy ma swoją biografię. Po nieautoryzowanej biografii Axla, autobiografii Slasha i niepublikowanej dotąd w Polsce książce Stevena Adlera przyszedł czas na basistę G N’R.

„It’s so easy and other lies” jest przewidywalny. Moralitet trzeźwego rockmana, który po latach szaleństwa i odcinania kuponów sławy wyhamował na skraju osobistej katastrofy. Duff McKagan to niegłupi facet. W jego portfolio oprócz opisywanej autobiografii znalazły się także felietony do Playboya, ESPN.com czy Seattle Weekly. Półkę z autowynaturzeniami zamyka najnowsza książka „How to be a man, and other illusions”.

W chytrze przechrzczonym (na nudne „Sex, drugs & rock n’roll”) polskim wydaniu biografii Duff klasycznie sięga do ery dzieciństwa w Seattle, swoich fascynacji punkiem i grą w lokalnych „no name bands”.

Lwią część książki stanowi oczywiście opus magnum artysty – początki, apogeum i zmierzch ery Guns N’Roses z całą ich obrazoburczą otoczką. Podobnie jak Slash, Duff starannie omija kontrowersyjne tematy. Z książki nie dowiemy się zatem wiele o zakulisowych rozgrywkach, które doprowadziły do rozpadu grupy czy dramatycznego upadku Adlera. Można zrzucić to na gentleman agreement muzyków lub – co bardziej prawdopodobne – do dziurawej pamięci Duffa, który pamięta lata 90-e wyłącznie z opowieści znajomych.

Po czasach GN’R biografia Duffa oscyluje wokół powolnego zbierania się z podłogi. Wyjście z nałogu narkotykowego i pijackiej maligny to opowieść traumatyczna ale (niestety) nieco zbyt kaznodziejska.

W tej części „It’s so easy….” przebrzmiewa zrozumiała męka potwornie uzależnionego muzyka, którego – czytając między wierszami – odstawienie nigdy się nie skończyło. Jak każdy pacjent kliniki uzależnień Duff wydaje się tu zbyt egzaltowany aby uwierzyć w końcowe „i żyli długo i szczęśliwie”.

„It’s So Easy” nie oddaje ducha GN’R tak mięsiście jak saga GN’R pióra starego rockowego wyjadacza Stephena Davisa (‚Watch you bleed: the saga of GN’R”). Duff bardziej skupia się na sobie i opowiada swoją historię w iście amerykańskim stylu.
duff-mckagan-sex-drugs-rock-klamstwa

Obok: okładka polskiego wydania.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 6 września 2015 w literatura 2015

 

Tagi: , , ,

Queen Unseen – Peter Hince

queen-HincejpgKsiążka z nurtu biografii znanych ludzi i znanych zespołów. Nie jest to jednak typowa pozycja traktująca o życiu i twórczości, zaopatrzona w biografie artystów od kołyski aż po grób.   Nietypowa, bo widziana od środka oczami „technicznego”. Książka napisana przez robotnika na cześć Członka Zarządu.

Peter „Ratty” Hince był technicznym Freddie Mercury’ego i jednocześnie (basisty) Johna Deacona. „Fred” niezaprzeczalnie najbardziej kolorowym spośród „Queen-ów” i jego twarzą co Peter Hince podkreśla z pietyzmem na każdym kroku. Chociaż autor „Nieznanej historii” osobiście asystował Mercury’emu, książka opisuje członków zespołu prawdziwie demokratycznie. Tak naprawdę jednak cichym bohaterem jest tu obsługa technczna. Jako maszyna, jako pojedynczy ludzie, jako specyficzna kasta w hierarchii zespołu muzycznego.

Typek o szczurzej facjacie i przetłuszczonych włosach miał okazję poznać muzyków zanim do nich dołączył. Gdy już zaokrętował się na RMS Queen, uwierzył w ten zespół i stał się jego częścią. Jak to jednak bywa z obsługą techniczną wszelkiego sortu – niedoszli artyści noszą w sobie rodzaj urazy, który nie pozwala im zapomnieć o własnej wyjątkowości. Ogrzani w świetle sławy zespołu stają się nieco drażliwi. Z czasem odchodzą i piszą burleski o swoich byłych mocodawcach. Peter Hince okazał się jednak dobrze wychowanym Anglikiem (lub dostał ostrzeżenie od żyjących członków zespołu napisane przez prawnika) i nie wyjawił sensacyjnych wątków godnych „News of the World”.

Zawiedzie się zatem ten, kto w „Queen Unseen” poszukuje pikantnych opowieści obsługi podpatrującej mistrzów i sprzedającej brudy alkowy za godziwe tantiemy. „Ratty” nie kryje się specjalnie z oczywistym emploi rockowego muzyka, ale jego wspomnienia to raczej przejazdy, przeloty, rozkładanie trasy i przedziwne czasami „zachciewajki” wielkich gwiazd. Z rozrzewnieniem wspomina epizod, gdy udało mu się zastąpić basistę w intro do jednej z piosenek. A później znowu zwijanie sceny, przeloty, przejazdy.I to czyni książkę interesującą lekturą uzupełniającą.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 2 grudnia 2014 w literatura 2014

 

Tagi: , , ,

The Beatles – Hunter Davies

hunter-davies-the-beatles-1Uznawana za najważniejszą i najlepszą biografię the Beatles. Wielokrotnie wznawiana i poddawana aktualizacjom. Biografia Beatlesów pióra Huntera Daviesa pozostaje oldschoolowym, brytofilskim spojrzeniem na ten najważniejszy zespół w dziejach rock n’rolla.

Wydanie z roku 2011 różni się od oryginału dodatkowym podsumowaniem napisanym w roku 1985 oraz krótkim spisem osób z „galaktyki the Beatles” – krewnych, bliskich, współpracowników (często w formie epitafium).

Podstawowa część biografii jest anachroniczna w uroczy sposób. Pisana przez Anglika z krwi i kości, w czasach gdy nie było tabloidów, internetu i smartfonów w okrągły sposób unika faktów, które we współczesnych książkach o wielkiej czwórce stały się bardzo ważne. Hunter Davies jest gentlemanem w dobrym wiktoriańskim stylu. Późniejsze biografie – wliczając w to „Shout!” Philipa Normana  – bez ogródek opisują szaleństwa w Hamburgu, narkotyki czy homoseksualizm Briana Epsteina.

Czy książka Huntera Daviesa jest zatem anachroniczna? Nie. Trzeba ją czytać jak bezcenny opis osoby, która nie tylko gromadziła fakty, ale żyła u boku Wielkiej Czwórki. Davies przeprowadził też osobiste wywiady (a często przyjaźnił się) z rodzicami, żonami i najbliższymi ludźmi z otoczenia Batlesów. Odpoczywał w Portugalii u boku Paula i Lindy. Dostawał kartki od Johna.

Opis nacechowany epoką, z której pochodzi jest unikalny w czasach, gdy każda gwiazda muzyki popularnej szokuje wyznaniami w stylu sex, drugs and rock n’roll.

Beatlesi nie byli inni niż Stonesi, the Who, Guns N’Roses czy Motley Crue. Oni byli tylko dyskretniejsi.

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 17 września 2014 w literatura 2014

 

Tagi: , , ,

Aerosmith – Impact Festival

aerosmith

12.06.2014

Impact Fest wyprowadził się z Bemowa i trafił do Lodzi. Hala Atlas Areny to większy komfort i gwarancja dobrej pogody pod dachem ale brakuje tu ducha fastiwalu jaki wytworzył się na bemowskim lotnisku.

Pierwszego dnia line-up’em był legendarny Black Sabbath, bilety wysprzedane w kilka dni. Drugiego dnia set tworzyły Walking Papers z ukrywającym się nieco Duffem McKaganem, Alter Bridge (tu również tropy wiodą do G N’R) i wreszcie Toxic Twins.

Trudno uwierzyć, że poprzednia wizyta Aerosmith na warszawskim stadionie Gwardii miała miejsce niemal równo 20 lat temu. Aura początku lat 90-ych w Polsce to nadal mundury Milicji, przaśne jeansy marmurki i zdezelowane samochody. Bajecznie kolorowy strój Stevena Tylera jawił się wtedy czymś niezwykłym.

Aero Lodz 2014Dwadzieścia lat później Aerosmith nadal wydaje się pełne energii. Najwięcej ma jej oczywiście frontman, przynajmniej o dekadę żywotny niż Joe Perry i reszta składu. Przyzwyczajeni do ekstrawagancji gwiazd rocka nie zostaliśmy tym razem zaszkowani strojem Tylera, choć przez chwilę wpatrywałem się w telebimy sprawdzając, czy Mr. Tallarico nie założył przypadkiem góralskich gaci.

Zanim rozpędziła się machina „Global Warming Tour” widownia została uraczona misternym show zza kulis w formacie „home video”. Rozgrzewka okazała się bardzo dobra, doprowadzając kila fanek do zrzucenia biustonoszy.

Setlista nie była zaskoczeniem. Show co wieczór wygląda podobnie a muzycy nie silą się bynajmniej na zbyt oryginalne regionalizmy. Poza „Good evening Lodz” Polacy nie doczekali się upragnionych peanów na temat Solidarności i równości dla wszystkich. Aerosmith nie próbowali też zbyt natarczywie promować nowego albumu pozostając przy doskonałej mieszance przebojów, ze szczególnym miejscem dla utworów z lat 70-ych i 80-ych. Doskonale zabrzmiały blues-rockowe klasyki ale gawiedź najbardziej żywiołowo reagowała na pozycje z lat 90-ych i oklepane „złote przeboje”.

Magiczny moment przypadł na „I don’t want to Miss a Thing” kiedy tysiące rąk podniosło się w jednej chwili w górę. Przerwa na nijaki „Freedom Fighter” z Joe Perrym w roli wokalisty to znak, że nawet Tyler (rocznik 1949) musi odetchnąć. Porcja tlenu należała mu się jednak bardzo po tym jak wyryczał „Love in Elevator” czy „Livin’on the Edge”. Choć imponujący energią i siłą głosu 65-cio latek dawał czadu, momentami ratował go wspierający klawiszowiec.

Wart wspomnienia jest także moment wejścia gitary w granym na bis „Dream On” kiedy równie leciwy Perry wspina się na fortepian, aby odegrać swoją partię gitary. Na myśl przychodzi podobna scena z „November Rain” (oczywiście to Slash kopiuje Perry’ego). Set zakończył mocny „Sweet Emotion”, podczas którego na wybieg ruszył nawet stojący wiecznie w prawym rogu sceny Brad Whitford.

Reasumując: udany koncert gigantów rocka, od których Gunsi uczyli się życia na trasie i pierwszych rockowych akordów.

  1. Eat the Rich
  2. Love in an Elevator
  3. Cryin’
  4. Oh Yeah
  5. Jaded
  6. Livin’ on the Edge
  7. Last Child
  8. Rag Doll
  9. Freedom Fighter
  10. Same Old Song and Dance
  11. Toys in the Attic
  12. Janie’s Got a Gun
  13. I Don’t Want to Miss a Thing
  14. No More No More
  15. Come Together
  16. (The Beatles cover)
  17. Dude (Looks Like a Lady)
  18. Walk This Way

Encore:

  1. Dream On (with snippet of „Home Tonight”)
  2. Sweet Emotion
 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 17 czerwca 2014 w koncerty

 

Tagi: , ,