RSS

Archiwa tagu: Leopold Tyrmand

Pan T

„Komunizm jest przeciw zębom. W Polsce nie wytwarza się normalnych szczoteczek, tylko takie, które ranią dziąsła.” peroruje pan T. przechadzając się wśród bazarowych handlarzy. To mała próbka stylu, w jakim prowadzony jest cały film.

Gustownie sfilmowany „Pan T” to opowieść o literacie odstawionym na boczny tor. Pan T nie knuje przeciw systemowi, on ten system całym sobą kontestuje. W każdym geście bohatera – od spoglądania na robotnicze gumofilce za oknem po łyk zupy w SPATIFie – wyraża się miałkość, która nastała w powojennej Polsce. Dukający z kartki Bierut, kremujący rąsie ubek i pani literatka, od której zaczyna się legenda zburzenia pałacu. Każda z pojawiających się na ekranie postaci podkreśla absurd czasów i miejsca. Stojący do nich w kontrze pan T tym bardziej wydaje się kosmitą – ze swoim zblazowanym wyrazem twarzy i w „zachodnich” okularach słonecznych.

„A, widzę nowy szaliczek. Pewnie z Paryża?” zagaja nie bez zawiści romansujący z systemem kolega literat.

„Nie, to z Kriegsmarine” brzmi szybka riposta głównego bohatera.

Film Krzyształowicza miesza gatunki w sposób nieoczywisty. Sceny komediowe jak ta z palącym „zielsko” Bierutem przeplatają się z nostalgicznymi zdjęciami odbudowywanej Warszawy i pełnej absurdu wizji terrorystów w plastikowych maskach. Wciąż powracające „Lalki dla dorosłych” nie ułatwiają odbioru, cisnąc beret widza w daremnym ustaleniu „co autor miał na myśli”.

Gdyby „Pan T” był łatwiejszy w odbiorze, z pewnością stałby się kolejnym filmem, którego teksty cytuje się przez lata.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 30 grudnia 2019 w kino 2019

 

Tagi: , , ,

Dziennik 1954 – Leopold Tyrmand

dziennik-1954-leopold-tyrmandNiech przemówią cytaty.

O sobie, raczej sceptycznie:

„Nic nie wskazuje no to, że ja i ludzie odniesiemy jakąkolwiek korzyść ze mnie, z faktu mojego pobytu na tej ziemi”.

„Niesolidność przemyśleń, sięgnięć, fundamentów – oto ja, o czym wiem i czego nie zamierzam ukrywać”

„Leżę na łóżku, przyjaźnię się z sufitem i męczy mnie świadomość jak wiele rzeczy w życiu potrafiłbym dobrze robić”

„Jest to co tu ukrywać, dzień Kubusia Puchatka: trapią mnie Wielkie Myśli o Niczym”.

„Reszta dnia w łóżku, tym przyrządzie do szatkowania decyzji”

„Wątroba to nie genleman, powiedział kiedyś Zbyszek Herbert”

O dzienniku, z pewną dozą cynizmu ale i samozachwytu:

„(Dziennik) Kto jest jego adresatem? (…) Wolałbym za mych czytelników tych, którzy przetrwają komunizm. Ale tych także, co jeszcze nie zapomnieli jego trupiego ciężaru na grzbiecie i dławiącego uchwytu na szyi. To idealna publiczność (…)”

„Czy męczyć się nadal nad tym dziennikiem, a może kontynuować Stukułkę, lub zacząć nową powieść? Albo wprost położyć lachę na całe pisanie i odrodzić się w jakiejś poważniejszej niwie?”

„Moje życie codzienne konstruuje się wokół tego dziennika. Zbyszek Herbert powiedział: Ostatniego dnia napiszesz: {Dziś nigdzie nie wychodziłem i z nikim nie rozmawiałem. Pisałem Dziennik}} Po czym znajdą cię na podłodze i obdukcja”.

O ustroju, bez przebaczenia:

„W dziesięć miesięcy od czasu, gdy każde dzieło z dziedziny pszczelarstwa miało więcej Stalina w tekście niż pszczół, gdy każda rozprawa o wojnach punickich musiała wykazać udział w nich Stalina”

„I nagle ogarnęło mnie głębokie przeświadczenie, jakby olśnienie, że komunizm jest przeciw zębom (…) W Polsce nie wytwarza się szczoteczek do zębów”.

„W nocy ciężkie sny. Ogromny pies wczepił mi się w tyłek i gryzie z całej siły. Obudziłem się w nie najgorszym nastroju. Każdy psychoanalityk, i od Freuda, i od Junga, powiedziałby, że pies to komunizm.”

„(…) gdzie Bolcio, prasłowiański władyka ustala przez telefon z semickimi czekistami z pobliskiej Koszykowej komu dziś wbijać drzazgi za paznokcie, a komu nie”

 

O Warszawie, której już nie ma:

„Spędziłem dziś życie w tramwajach. (…)To co się dziś działo na trasie Mokotów -Krakowskie Przedmieście między konduktorem, pasażerami, niemowlakami w tłumokach, a nawet pewnym ukrytym w teczce psem, wymaga literatury większej niż ta, na jaką mnie stać”

„Jechałem dziś tramwajem przez żelazną, Leszno d Trasy W-Z. widać tam jeszcze kawał starej Warszawy sprzed kataklizmu…”

„{Muranów], który wygląda jak ciastko z kosza straganiary”

„(o PKiN) Potem zaczęto doklejać: pseudorenesansowy hełm wieżowy (…), ciastkowe attyki i zwieńczenia, motywy z Kazimierza nad Wisłą, portale nasady. Groza socrealizmu zmaterializowała się w samym środku miasta jak kwitnąca narośl na nosie pijaka”

„(wizyta w sklepie z zabawkami) Misie o twarzach niedorozwiniętych morderców, z pluszu używanego na kołnierze u palt przez ukrywających swą nędzę alkoholików”.

O życiu, jak to Polacy:

„Przed południem poszedłem do mojego fryzjera. Jest to ponury cham, ale lubię go bardzo. (…) Mój fryzjer lubuje się w opisach tak zawiesistych od spermy, że domagam się mycia głowy za pół ceny po każdej sesji”

„(…) przeto poklepałem go przyjaźnie po plecach i zaspokoiłem głęboką refleksją natury filozoficznej, że jakoś to będzie”

„Moja chęć drążenia – excusez le mot – pozostaje zawsze w jakiejś relacji do aparycji: im dziewczyna lepiej wygląda, tym bardziej ja zmieniam się w rozbuchanego psychoanalityka”

„Był to stylowy „starszy”. Miał na sobie marynarkę z PDT i buty narciarskie, tanie, lecz schludne, włosy podcięte z tyłu, pod donicę, modą sowieckich oficerów (…) ogólny wzór antropologiczny wprost z Wołomina, Tłuszcza lub Zielonki – wschód województwa warszawskiego”.

O kolegach literatach:

„Biedny Gombrowicz! Przed wojną zdegenerowany zgnilec i żydowsko-murzyńsko-seksualny folksfrontowiec, rozkładający faszystowską krzepę narodu, dziś agent amerykańskiego kapitału. Wspólnota Interesów i Akcji Katolickiej, prześladowca KPP”

„Zygmunt Kałużyński jest mocno zbudowanym brunetem o twarzy rozradowanego szympansa. Uśmiech ma miły, młodą łysinę na pokaz, ubiera się z niedbałością bliską kabotyństwa(…)”

„(Kisiel) pochłania kuflami hektolitry piwa (…), w związku z czym nieustanie szuka, gdzie tu by się odlać, co urozmaica napoważniejsze rozmowy”

„Emeryci, inwalidzi, torfowiska -Herberta metafizyka osobowości. Intensywny trening rozpaczy”.

„Paweł Jasienica jest krępy, wilnianin i po czterdziestce”

„na moje miejsce promowany został niejaki Zygmunt Broniarek, dotychczasowy tłumacz z języków obcych, który miał zwyczaj (…) pytać mnie kiedy komunistów cholera weźmie”.

 

Kim był Leopold Tyrmand anno domini 1954? 34 latkiem, a więc już niemłodym facetem. Człowiekiem z ogromnym bagażem doświadczeń wojny i poniewierki. Niespełnionym literatem, jeszcze bez znaczących sukcesów, choć dobrze się zapowiadającym. Ale także dandysem, bikiniarzem i ostentacyjnie negującym wszelkie sztamy z systemem „wrogiem ludu”. W związku z czym, z przypiętą na plecach łatką problematycznego, odstawiony na boczny tor.

W 1954 roku, na chwilę przed napisaniem swojego opus magnum, był Tyrmand także bawidamkiem erotomanem, szukającym swoich okazji na mieście, nauczycielem siedemnastolatki, której w rzeczy samej także kochankiem. Mieszkańcem pokoiku w ocalałym budynku YMCA na Konopnickiej w Warszawie. Bez nadziei na dostatnią przyszłość w kraju socjalizmu ludowego, pośród wciąż zalegających powojennie zwalisk gruzu.

Dziennik to trzy miesiące skrzętnie opisanej codzienności – machina czasu do lat pięćdziesiątych oczami i umysłem autora. Miesiące, które wypełnia filozofowanie u boku Kisiela i Herberta, egzystencja na obiadkach w Związku Literatów, erotyczne przygody z Bogną, które dziś wywołałyby lawinę pozwów z prokuratury. A także ciętych uwag na wszystko co Tyrmanda otaczało w języku zapowiadającym przyszłą majestrię pisarza.

Dziennik urywa się niespodziewanie 2 kwietnia. Następnego dnia Tyrmand otrzymuje od „Czytelnika” zlecenie na powieść. Będzie to „Zły”, kanon literatury polskiej.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 1 kwietnia 2015 w literatura 2015

 

Tagi: , , , ,