RSS

Archiwa tagu: kataklizm

I Think We’re Alone Now

 Del jest ostańcem w wymiecionym z ludzi postapokaliptycznym świecie. Hekatomba rodzaju ludzkiego nie jest taka zła. Del ma wreszcie święty spokój. Nikt nie patrzy na niego jak na dziwoląga a w ukochanej bibliotece książki wreszcie lądują w wojskowym porządku. To nie jedyna nerwica natręctw u ostatniego z ludzi. Kolejną jest tworzenie utopii w miasteczku, w którym każde truchło na ulicy jest dla Dela sąsiadem z imienia i nazwiska. Sprawy komplikują się, gdy w okolicy pojawia się druga żywa istota. Niejasne motywy przybycia Grace martwią Dela. Gorsza od tego jest myśl, że Grace zamierza się tu osiedlić.

„Kameralne postapo” to dobre określenie opowieści, której główną postacią jest mikry z postury Peter Dinklage. Bohater żyje w świecie pozbawionym emocji, dalekim od makabresek w stylu „Walking Dead”. Powolne budowanie klimatu i odsłona kolejnych kart ma swój rytm i swój urok.

Reklamy
 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 8 listopada 2018 w kino 2018

 

Tagi: , , , ,

Geostorm

Nękana katastrofami naturalnymi Ziemia staje w obliczu zagłady. Projekt „Holender” ratuje ludzkość przed anihilacją. Skomplikowaną sieć satelitów, sterowaną z olbrzymiej stacji kosmicznej nadzoruje Jake Lawson (Gerard Butler). Pyskaty pan Lawson zostaje ostawiony na boczny tor przez żądnych władzy absolutnej polityków. Nu pagadi! Jeszcze wrócą do niego na kolanach, jak stacja zacznie skrzypieć i wymagać naoliwienia! Tak też się staje. Ludzkość wystrzeliwuje Lawsona w kosmos, żeby dzielny „Handy Andy” sprawdził kompetencje pozostałych tysiąc czterystu inżynierów. W samą porę, bo zbliża się Geostorm – zsynchronizowany festiwal katastrof. Tylko dzielny hydraulik Jake może coś z tym zrobić. Zupełnie jak pan Edek z karuzeli. On też uratował świat przed zagładą.

Gerard Butler wyrasta na tytana kina drugiej świeżości. Kto wie, wkrótce może zdeklasować mistrza Nicolasa Cage w dorobku ról drewnianych.

Znamienite jest to, że gdy Butler pojawia się na ekranie, ktoś z pewnością dostanie w pysk. Tak będzie i tym razem, choć reżyser chytrze ubrał Butlera w strój naukowca.

Twórcy „Geostorm” postarali się stworzyć dzieło monumentalne. Skorumpowani politycy wywołują kataklizmy jednym pociągnięciem wajchy. Wajcha w górę i kataklizm staje jak posłuszny kundel. Sekretarz Stanu USA strzela z bazooki. Pani ochroniarz okazuje się mistrzem akrobacji. Są też dobrzy Niemcy i Francuzi (jednakże ci ostatni z podejrzanym pyskiem). Bezsensy mnożą się bez końca. Patetyczna akcja w kosmosie to i tak nic w porównaniu z wyczynami spoconego brata Maxa na ulicach Orlando. Wszystko przebija robota facetów od efektów komputerowych. Kataklizm na brazylijskiej plaży czy przyczajone tsunami za wydmą na pustyni? Nie wiem któremu przyznać palmę katastroficznego bezsensu.

Tego się nie da opowiedzieć, to trzeba koniecznie zobaczyć.

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 14 lutego 2018 w kino 2018

 

Tagi: , , ,

Cieplarnia – Brian W. Aldiss

brian-aldiss-cieplarnia1962 rok. Kilka miesięcy po tym jak pierwszy człowiek opuścił atmosferę i w niecałe dwie godziny okrążył Ziemię śpiewając: „Родина слышит, Родина знает” .* Amerykanie zaniepokojeni sukcesami sowieckich towarzyszy uruchamiają program Apollo. W tych czasach wiedza człowieka o Kosmosie robiła się imponująca a futuryści przewidywali rychły podbój całego Układu Słonecznego.

Literatura Science – Fiction nadal w powijakach i bliższa H.G Wellsowi niż „Gwiezdnym Wojnom” w latach sześćdziesiątych wyrasta z krótkich majteczek. W 1962 roku Brian W. Aldiss porywa się na pomysł daleko sięgający w fantazję. W dekadzie powszechnej wiary w potęgę ludzkiego umysłu i lotów na Księżyc Aldiss przepowiada jak skończy ten świat.

Czytana dziś „Cieplarnia” bliższa jest bajce dla dzieci niż poważnej S-F z dyndającą plakietką „klasyka”. Byłaby świetnym materiałem na film animowany – w szczególności dzięki oszołamiającej klasyfikacji botanicznej.

Opowieść o nielicznych przedstawicielach gatunku ludzkiego pośród eksplodującej ferii świata roślinnego ukazuje kolebkę ludzkości w regresie – nieliczne mutacje organizmów świata zwierzęcego walczą o przetrwanie. Rośliny przejęły planetę na własność ewoluując do niesamowitych form – w większości naśladujących żywe organizmy.

Na wszystko to miało wpływ jedno zdarzenie – wypalanie się Słońca, wzmożone promieniowanie i temperatura, wreszcie unieruchomienie Ziemi w jednej pozycji. Tam gdzie światło nigdy nie gaśnie rośliny toczą zażarte boje o każdą piędź ziemi i przestrzeni. Po drugiej stronie globu, za ostateczną linią demarkacyjną świata roślin pół globu spowija ciemność.

„Cieplarnia” od początku wzbudzała dwojakie uczucia. Przeciwnicy krzywili się na banalną fabułę i elementarny brak praw fizyki. Entuzjaści zobaczyli w tej powieści niespotykaną wizję przyszłości. Aldissowi nie można zarzucić braku fantazji. Jego świat jest fascynujący a sam pomysł Ziemi dogorywającej pod słonecznymi promieniami to forpoczta dzisiejszego kina katastroficznego.

 

 

 

„Ojczyzna słyszy, ojczyzna wie” – podobno śpiewał Jurij Gagarin w trakcie lotu.

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 13 grudnia 2016 w literatura 2016

 

Tagi: , , ,

Metro 2034 – Dmitry Glukhovsky

Metro_2034

Nie był obcym ciałem w ciemnych przejazdach, nie wzbudzał oburzenia Lewiatana, po którego naczyniach krwionośnych podróżował.

Rok po wydarzeniach w WOGN, drugi kraniec linii. Mieszkańcy Sewastopolskiej, skrajnego odcinka, za którym nie ma już nic ludzkiego są uzależnieni od dostaw amunicji. Ku ich rozpaczy w gardzieli metra przepadają kolejne wyprawy.

Kolejna straceńcza misja przypada staremu „Homerowi” i mrukliwemu „Hunterowi”. Pierwszy z nich, leciwy maszynista podziemnego pociągu żyje marzeniami o spisaniu historii zagłady i tego co po niej. Hunter to twardy najemnik o twarzy pooranej bliznami. Dla Huntera przyszłość nie istnieje. Przeszłość zreszta chyba też  nie. W wędrówce po rosyjskim postatomowym piekle Hunterowi i Homerowi towarzyszy dwoje młodych – Ahmed i Sasza. Losy bohaterów krzyżują się ze sobą w plątaninie podziemnego świata.

Dimitry Glukhovsky porwał się na coś nieoczywistego. Zamiast kontynuować „sagę” jak robi to większość sprawnych pisarzy, stworzył odrębny byt w ramach tego samego apokaliptycznego świata.

Powieść praktycznie nie zazębia się ze swoim protoplastą „Metro 2033„. Choć pozornie to tylko rok po akcji pierwszej książki, w „2034” nie ma w zasadzie postaci z „2033”. Nie ma atlasu bestii wyłaniających się zza każdego zakrętu moskiewskiego metra. Niczym radziecki wzorzec z przeszłości stały pozostaje układ stacji a z nim społeczna struktura ich mieszkańców.

Plastyczność opisów Glukhovskiego nadal wywołuje emocje. Choć akcja opiera się na porzuceniu ciepłych i znanych pieleszy własnej stacji i wędrówce w nieznane, to w gruncie rzeczy autor nie dba już o detale. Klimat „Metro 2034” mocniej polega na dialogu wewnętrznym bohaterów niż na akcji.

Fanom rosyjskiego SF „Metro 2034” z pewnością się spodoba. Książkę mogą przeczytać także ci, którzy nie sięgnęli po pierwszą powieść.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 26 października 2016 w literatura 2016

 

Tagi: , , , ,

Na skraju jutra – Hiroshi Sakurazaka

all-you-need-is-kill

Niewyobrażalny strach, którego doświadczyłem, umierając, i okrucieństwo śmierci – one pokazywały mi, jak przeżyć.

Dzień Świstaka w przyszłości. Tyle, że bez świstaka, a główny bohater zamiast budzić się co rano w hoteliku na zadupu jest co dzień anihilowany. Wysadzany w powietrze. Rozstrzeliwany wrzecionowatymi pociskami. Rozrywany na strzępy. Stosunkowo mało komfortowa sytuacja przeżywania własnej śmierci każdego dnia.

Keiji Kiriya trafia do armii bez wiedzy, że jest jedynie mięsem armatnim. W trakcie wieloletniej wojny z Obcymi ludzkość wypracowała kilka strategii walki. Jedyną skuteczną wydaje się zmasowany atak poświęcający dziesiątki istnień ludzkich w zamian za pojedyncze straty w szeregach wroga. Problem w tym, że przeciwnik działa jakby znał przyszłość.

Powieść Hiroshi Sakurazaki wkroczyła na polski rynek już po sukcesie blockbustera z Tomem Cruise i Emily Blunt. Książka wziętego japońskiego autora komiksów manga widzowi może wydać się wyblakła w obliczu spektakularnego filmu SF.

Ale „All you need is kill” to fabuła zdecydowanie odbiegająca od filmowego scenariusza. Oprócz chytrze zbieżnego tytułu, które polskie tłumaczenie ma z oczywistych względów, wspólny pozostaje główny trzon historii i amerykańska superhero zwana „Stalową Suką”.

Po lekturę japońskiej „light novel” można sięgać bez obaw o nudę – Hiroshi Sakurazaka pisze nieźle, pomysł jest fantastyczny a szczegóły  (np.: skąd wzięli się Obcy) – nietuzinkowe. Japończykowi udało się ukryć w niepozornej historii kilka głębszych treści. Warto ich poszukać, choć to „tylko” Science Fiction a nie Dostojewski.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 25 Maj 2016 w literatura 2016

 

Tagi: , , , ,

Into the Storm

EpicentrumGrupa „łowców burz” trafia w Oklahomie na wybitny okaz. Burza z tuzinem trąb powietrznych bliźniacza do tej, jaka musiała zbesztać Noego przy okazji potopu. Filmowcy do społu z pseudo naukowcami z przerażeniem odkrywają, że (mój Boże!), tornado zagraża szkole w miasteczku. Wkrótce odkrywają, że burza zagraża wszystkiemu i wszystkim.

Kino katastroficzne rządzi się swoimi prawami. Tu nie chodzi o spójność czy logikę. Chodzi o spektakularną rozpierduchę. Byłoby jednak miło, gdyby wymówka do zrobienia „jesieni Średniowiecza” z amerykańskiej prowincji miało choćby malutką dramaturgię trzymającą widza w napięciu. „Epicentrum” rozpędza się swoimi trąbami powietrznymi jak psujący się odkurzacz. Zanim na dobre zawyje – wyłącza się. Do nie najlepszego scenariusza dokłada się plejada drewniaków grająca role ofiar kataklizmu. Jedyna znana z twarzy Sarah Wayne Callies powtarza wprawdzie swoje wylęknione miny z „Walking Dead”, ale to i tak najlepsza z kreacji. O reszcie szkoda wspominać.

„Epicentrum” podobnie jak „San Andreas” najeżone jest absurdem a poziom „artystyczny” jest dramatyczny. Kilka lepszych scen i efektów FX nie ratuje tego dziełka, a zbieżne ze wspomnianym „San Andreas” zakończenie kolejny raz przypomina walący się kibel i Pałac Kultury („Rozmowy Kontrolowane”). U Barei „to się odbuduje” miało swój zabawny podtekst. Amerykański hart ducha zaczyna przypominać deklaracje radzieckich junaków.

 

PS. Biedna ta Oklahoma. Gdyby film zobaczyła rodzina Joadów, załamaliby się do końca.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 19 października 2015 w kino 2015, Nie do obejrzenia 2015

 

Tagi: , ,

These Final Hours

These Final HoursSiła Coriolisa powoduje, że w Australii woda spływa w umywalce odwrotnie  niż w Europie*. Najwyraźniej również chomik im (Australianom) biega odwrotnie we łbie. Wystarczy spojrzeć na byle film „made in upside down continent”, żeby rozpoznać skąd pochodzi.

Wystarczy spojrzeć na Mad Maxa. Albo na twarz Nicole Kidman.

„These Final Hours” banalnie i wtórnie przedstawia przysłowiowy koniec świata. Coś się pali, coś uderza, ludzie świrują, hamulce puszczają. Bla, bla, bla. Oczywiście wśród nich odnajdzie się taki, co nagle dostanie olśnienia i stanie się niemalże świętym Franciszkiem. W Australii Franciszkiem jest James (Nathan Phillips). Spoko gość wybiera się na mega ostatnią imprezę, aby godnie przeżyć ostatnie chwile. I wtem..

Ten film nie jest duchowym bratem „Melancholii” von Triera, ale coś w nim jest. Styczna do von Triera to smutek, czający się w każdej scenie. Ale jest tu też coś obsesyjnego, jak to u Australian bywa. Jak w Mad Maxie. Albo w twarzy Nicole Kidman. I te puste, zalane słońcem plenery. Boskie.

Wciągający film bez nadmuchanych efektów specjalnych za miliony. Można. I niekoniecznie musi być o holocauście. Kiedyś polskie kino dojrzeje. Wreszcie zobaczymy film o końcu świata – „Wesele 2 – Przed świtem”.

 

* tu mała dygresja dla wnikliwych – fizycy nie są do końca zgodni czy to prawda i jaki wpływ ma na to symetryczność umywalki oraz jej wpływ na lepkość wody

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu 4 marca 2015 w kino 2015

 

Tagi: , , , ,