RSS

Archiwa tagu: Jakub Żulczyk

Informacja Zwrotna – Jakub Żulczyk

Najlepsze lata ma zdecydowanie za sobą, ale nie jest źle. Były muzyk, basista kultowego „Teatru Lalek” Marcin Kania, żyje z rentierki. Dostatnie życie przyniosły mu tantiemy z oklepanego hitu „Kocham Cię jak Rosję”. Koledzy doradzili, żeby zainwestował w mieszkania zanim wszystko przepije.

Kania leczy się z choroby alkoholowej i bezskutecznie próbuje ułożyć poprawne stosunki z rodziną.

Nale­wam tro­chę do szklan­ki. Płyn jest złoty, lekko świe­ci w pół­mroku, przy­po­mina sto­piony bursz­tyn. Przy­su­wam do nosa, wą­cham. Tak pach­niał mały Jezus, gdy się uro­dził.

Po jednej z upojnych nocy Marcin budzi się w mieszkaniu syna. Zakrwawione prześcieradła i otwarte na oścież drzwi nie wróżą niczego dobrego. Kania rozpoczyna gorączkowe poszukiwania Piotrka. Krążąc po mieście uzupełnia braki pamięci a sklejane strzępki informacji układają się w paskudną historię.

W najnowszej powieści Żulczyka akcja koncentruje się wokół domniemanego porwania syna znanego muzyka a kolejne odkryte karty przenoszą czytelnika w świat afery gruntowej i historii kryminalnej z wielkimi pieniędzmi w tle.

To jednak tylko przykrywka do wątku obyczajowego. Przejmujący obraz alkoholika staczającego się w otchłań na długo pozostaje w pamięci. Podobnie jak porażające opisy delirium Marcina Kani przetykane zdarzeniami z jego przeszłości.

Mówi się, że przez alko­hol traci się ro­dzi­nę. Nie, nie tylko. Ro­dzi­nę się za­bi­ja. Naj­pierw mor­duje się każ­dego z jej człon­ków z osob­na. Na wiele spo­so­bów – pota­jem­nie, z ukry­cia, albo pu­blicz­nie, na sza­fo­cie, ku ucie­sze pu­blicz­no­ści. A to, co z niej zosta­nie – bo za­wsze coś zo­sta­je z ro­dzi­ny, gdy wszy­scy już umrą: le­żą­cy na pod­ło­dze nagi organ, bez­bron­ny, pode­ptany – skła­da się w ofie­rze, pali w piecu.  

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 17 stycznia 2023 w literatura 2022

 

Tagi: , , ,

Czarne słońce – Jakub Żulczyk

glany z białymi sznurówami najlepszej brytyjskiej firmy Skullcrusher; czarny flyers, na którego plecach namalowałem białą farbą Czarne Słońce, magiczny znak Himmlera. Damian mówił, że oryginalne Czarne Słońce znajdowało się na podłodze w tajnej sali obrad zamku SS. Wyglądało jak taka kanciasta spirala z kołem środku; podobno chłopy z SS wpatrywały się w to koło całymi godzinami; gdy już się dobrze zahipnotyzowali, przenosili się umysłami do innego wymiaru, żeby tam zjednoczyć się z prastarą Wolą Mocy i rozbrzmiewającymi tam Prawdziwymi Myślami Hitlera.

W Ojczyźnie wrogiem jest każdy odmieniec, każdy obcy. Ogrodzona zasiekami od zepsutej moralnie Europy, rządzona przez generałów w koloratkach i Ojca Premiera Wielka Polska broni się przed hordami uchodźców, moralną demoralizacją demokratów, zboczeniami artystów i chuderlawych literatów.

„Za parę lat w tym kraju nie będzie już żadnej, zbędnej wolności”, powiedział, gładząc palcami pieniądze, jakby się z nimi żegnał. „Nie będzie żadnej Europy. Tego smrodu, zgniłego Bizancjum, kolorów, narkotyków. Niech upadają, niech umierają bez nas. To kwestia paru lat, nawet mniej; wystarczy załatwić formalności, licencje na wiercenia, odpowiednie kontrakty. W dniu, kiedy zaczniemy wydobycie, wzniesiemy piękny mur. To proste. Część tego muru już zbudowaliśmy, na południu.

Zbrojnym ramieniem systemu, jego tajną superbronią jest banda Gruza. „Prawdziwy Faszyzm” umiejętnie zmanipulowany przez młodego polityka Damiana rusza na ekstremalną konkwistę.

Formalnie nazywamy się Prawdziwy Faszyzm. Ale wszyscy mówią na nas Banda Gruza. Banda, która powstała, żeby służyć Sprawie i upamiętnić życie i dzieło Suchego – najlepszego, najprawdziwszego faszysty, jaki kiedykolwiek chodził po tej ziemi.

Banda Gruza dostaje zadanie specjalne – ma dostać się do zakazanej strefy przygranicznej i (uwaga spoiler) wyciągnąć z niej rodzinę uchodźców. Dziecko okazuje się czymś więcej niż „beżowym” oberwańcem, którego Gruz skatowałby bez mrugnięcia okiem gdyby nie wyraźny rozkaz z „samej góry”.

Wymyśliliście sobie bajkę, że umarłem za was z miłości, abyście mogli robić sobie, co wam się podoba, bo i tak wszystko będzie wam przebaczone; wystarczy, że powiecie parę razy moje imię. W ten sposób umyliście ręce od tego, że mnie zabiliście, wiele razy, za każdym razem, gdy się pojawiałem. Teraz już nie przynoszę żadnej miłości, nie daję żadnych przykazań. Ostatnia pieczęć wisi na pojedynczym włosku. Macie przerąbane, wy źli, leniwi idioci. Wypuszcza powietrze. No, wyrzucił coś z siebie, nie ma co. – Zapatrzeni w otchłań własnej dupy – dodaje. Naprawdę polubił to porównanie. – Pięknie, synku. – Matka bije mu brawo. Ja też zaczynam trochę klaskać. Reszta nic nie robi, leży nieruchomo, myślałby kto, że pozdychali, ale słyszę ciche odpryski pracy ich organizmów, przełknięcia śliny, beknięcia, kapanie na popękany asfalt cieknących po ryjach łez. Słyszę naprawdę wszystko. – Pięknie synku, ale mieliśmy zrobić to w trochę większej miejscowości. – Matka podchodzi do niego i rozwiewa jego srebrną postać jak niepotrzebną mgłę albo chmarę komarów. Alfa z powrotem robi się malutki. Teraz jest po prostu zmęczonym dzieciakiem, który całą noc grał w gry i biegał po domu, ćpając słodycze. Matka bierze go na ręce, on opada zaślinioną mordką na jej szyję. – Nie było czasu, mamo

Pisząc „Czarne Słońce” Żulczyk mógł mieć poczucie tworzenia kontrowersyjnej powieści z gatunku dystopijnego S-F. „Czarne Słońce” to dzieło wstrząsające w prezentowanych treściach, pełne przemocy i wulgarności, łączące w jedno skrajny nacjonalizm, dewocję, brudną politykę, rasizm, szowinizm i seksizm. A jakby tego było mało, grubo okraszając całość holocaustem.

Ale pisząc „Czarne Słońce” Żulczyk nie mógł w najśmielszych snach wyśnić, że sceny jego książki staną się rzeczywistością na polskiej granicy w 2021 roku *

On bije, a my musimy iść do przodu. Ciała mają twarze jak na starych obrazach. Chciałbyś wiedzieć, że jest coś poza tym. Ale w tym, co dzieje się tutaj, nie ma żadnych śladów duszy. A słońce wylewa się na to wszystko, na nas, na ciała, na wagony, na Niemców, na budynki, na las. Słońca to nic a nic nie obchodzi.

i już nie ma żadnych aniołów i nie będzie. Strach mi się kończy. W jego miejsce przychodzi coś gorszego. Coś odwrotnego. Zaczyna się w brzuchu, rozlewa na całe ciało. Coś straszniejszego od pustki. Czarne Słońce.

* – errata marzec 2022 – pisane z myślą o granicy polsko-białoruskiej 😦

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 21 marca 2022 w literatura 2021

 

Tagi: , , , ,

Wzgórze Psów – Jakub Żulczyk

Znowu szczekają psy. Szczekają na Szmatach. Słychać je aż tutaj. Jesteśmy ostatnimi ludźmi na Ziemi.

Emigrant z wielkiego miasta, pisarz z blokadą twórczą i długami. Mikołaj Głowacki wraca z podkulonym ogonem do rodzinnego Zyborga. Mazurskie miasteczko wita go złowrogim warknięciem.

Udawałem człowieka, chociaż miałem co chwila ochotę szczeknąć. Naprawdę chciałem wracać do Zyborka. Może dlatego powiedziała, abym został, bo opowiedziałem jej o moim ojcu i o tym, co się tam wydarzyło.

Zyborg świeci plamami oderwanych elewacji na postsowieckich blokach. Męczy oczy brudem i szarością. Znudzonych mieszkańców dobija nijakością. Urzędnicy terroryzowani przez tajemniczego biznesmena – watażkę „Kalta” są bezradni i wycofani.

Mikołaj ląduje w środku rodzinnej katastrofy. Wciąga siebie i żonę w przepychanki ojca i brata. Zło czai się w każdej ciemnej dziurze.

 

Popatrzył w lewo, w prawo, odwrócił się, aby zobaczyć, co jest za nim, i widział, że złe, czarne coś było wszędzie, wędrowało razem z jego wzrokiem, z każdą jego myślą.

Żulczyk odkrywa kolejne pokłady ludzkiej małości. Tym razem nie na wielkomiejskich ulicach ale w galaktyce dawnych PGR-ów. To ponury pamflet na nieudaną transformację, szaro-czarne zdjęcie parodii zachodniego stylu życia, w którym fikuśne apartamenty mają stanąć na gruzach mieszkań biedoty. Syf, który wciąga i nie puszcza swoich ofiar aż do śmierci. Mikołaj Głowacki rozumie to doskonale. Stąd się wywodzi, napisał o tym bestseller.

 Słowo „cokolwiek” jako paradygmat. Można istnieć albo nie istnieć. Można palić albo można nie palić. Jeden chuj. Jak powiedział mi kiedyś jakiś biskup spod sklepu, drżącą ręką zrywający folijkę z szyjki jabola: „Wszystko chuj prócz wieczności”. Tak więc nie myślę o papierosach, to znaczy, nie myślę od paru lat, ale teraz przydałaby mi się paczka.

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 8 marca 2022 w literatura 2021

 

Tagi: , ,

Ślepnąc od świateł – Jakub Żulczyk

Chciał być artystą. ASP szybko go zmęczyła. Pozostało zainteresowanie malarstwem i wrodzony dar estetyki. Nocna Warszawa zawładnęła Jackiem bez reszty. Stał się niezbędnym dla ożywającej nocą mrocznej tkanki wielkiego miasta.

Kokainę dowozi precyzyjnie na czas. Nocny dostawca rakietowego paliwa dla celebrytów, polityków jest lekiem na całe zło. Potrzebującym nie kojarzy się z szemranym dilerem na rogu Wilczej i Poznańskiej. Już bardziej jak mobilny emisariusz Sotheby’s dowożący precjoza z galanterią pakowane w złotą folię.

Polityk, żona prezesa, telewizyjny guru – dla Jacka wszyscy są równi i równie potrzebujący.

Ale Jacek myśli już tylko o przerwie. Marzy o długich wakacjach parę tysięcy kilometrów stąd. Pulsujące głębokim basem tempo życia zmienia się w odmierzanie minut do upragnionego końca wachty.

Bezsenność i wydłużający się wbrew fizyce czas to coś co wybija się w tej opowieści na plan pierwszy. Wypełniają go zdarzenia niebezpiecznie oddalające bohatera od upragnionego odpoczynku.

Czytając „Ślepnąc od świateł” niemalże fizycznie można odczuć zmęczenie i tępy puls odmierzający czas do katastrofy. W tym fascynującym znaczeniu, w którym nie sposób oderwać się od lektury.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 16 Maj 2020 w literatura 2018

 

Tagi: , , , ,

Ślepnąc od świateł – serial

Kuba jest perfekcjonistą i zawodowcem. Jego poukładany świat nie wychodzi poza utarte zwyczaje i procedury. Kuba jest dealerem gwiazd. Z gwarancją dostawy w minutach zapewnia stały dostęp do towaru niesfornym celebrytom, zapracowanym prezesom i znudzonym żonom biznesmenów.

Zmęczony ciągłym napięciem, swoim twardogłowym „szefem” Jackiem i jego brygadą dowodzoną przez brutalnego „Stryja” Kuba marzy o długich wakacjach na końcu świata. W ręku ma bilety do Argentyny. Gdy zamyka oczy, widzi rajską plażę. Moment spełnienia wizji przybliża się z każdą dobą.

Zegar tyka a  poukładany świat zaczyna się sypać. Stara gwardia wraca z odsiadki. Dario przejmuje terytorium, którego ważnym zasobem jest robiący świetne obroty dealer.

Ekranizacja powieści Żulczyka, zdumiewająco dobra jak na polskie możliwości. HBO zdecydowało się na serial, skreślając tym samym tempo, które w książce wybija przyspieszony puls głównego bohatera i chroniczny brak snu. Pozostał nadciągający kataklizm i nieuchronna rozpacz w świetle rozpadającego się mikro świata głównego bohatera.

Tym co wynosi serial na wyższe poziomy jest Jan Frycz. Przerażający, nieobliczalny. Towarzyszą mu świetni Chabior, Więckiewicz i debiutujący Kamil Nożyński.

Jest „sztywniutko”,jakby podsumował raper „Piorun”.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 23 marca 2020 w seriale, seriale 2020

 

Tagi: , , ,

Zrób mi jakąś krzywdę – Jakub Żulczyk

Historia dziwnej podróży dwudziestokilkulatka i nastolatki. W tle tlący się romans, bliższy afektowi Romeo i Julii niż erotycznemu zauroczeniu rodem z nabokovskiej „Lolity”.

Chodź, pocałuję cię tam, gdzie się kończysz i zaczynasz, chodź, pocałuję cię w trzecie oko, chodź, pocałuję cię w czoło, w głowę, w stopę, w pępek, w kolano, w knykieć, w sutki, w pępek, w duszę, chodź, pocałuję cię w twoje serce. Na dzień dobry. Na dobranoc. Na zawsze. Na nigdy. Na teraz. W samo serce.

Dawid, student prawa (co nie jest najistotniejsze) spotyka piętnastoletnią Kasię, fanatyczkę gier Nintendo (co owszem, ma duże znaczenie). Uciekająca niczym bonus w Packmanie dziewczyna staje się obsesją młodego chłopaka. Ich wspólna podróż po Polsce obnaża rodzime przywary – paździerzowe dekoracje, intelektualną miernotę, dewocję, puste ideologie.

Obraz teledysku zaczyna się chybotać, ona się śmieje i celuje pudełkiem w kierunku jednego z unieruchomionych babokloców, i nagle niebo eksploduje różem, taśma zaczyna się topić, świat sika na mnie mistyką- mam dwadzieścia pięć lat, chyba łysieję, i powoli uwypukla mi się brzuch, nie obgryzam już paznokci, szukam pracy i nie myślałem, że spotka mnie to jeszcze kiedykolwiek w życiu- to jak uslyszeć po raz pierwszy Pixies, jak pierwsze grzyby, jak powolne odfoliowanie kasety z In Utero, którą kupileś sobie za rozbitą skarbonkę.

W debiucie Żulczyka czuć talent. Pełen ornamentów język przetyka młodzieżowa gwara i sążnisty pakiet tłustych wulgaryzmów. Nie każdemu przypadnie to do gustu, podobnie jak zagmatwana, momentami nieliniowa opowieść.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 28 grudnia 2018 w literatura 2018

 

Tagi: , ,