RSS

Archiwa tagu: historia Polski

Wasserpolacken – Joachim Ceraficki

Po politycznym coming-out tuskowego dziadka w Wehrmachcie przyszedł czas na publikacje własnych wspomnień.

Joachim Ceraficki dzielił los prawie pół milionowej grupy byłych obywateli Polski, których korzenie i geograficzna przynależność automatycznie zaliczyła do grupy nowych obywateli III Rzeszy.

Historia to niełatwa i dotychczas raczej przemilczana, czy – niczym w przypadku politycznej nagonki na Tuska – mająca do niedawna negatywny wydźwięk w umysłach Polaków – Szaraków.

Czytając wojenne losy Joachima Cerafickiego można mieć ambiwalentne uczucia.

Momentami trudno zorientować się, czy Oberschutze Ceraficki to „dobry Polak” czy „dobry Niemiec”.

Swoją wojnę „Warserpolack” spędził spokojnie, podjadając wojskowe konserwy oraz wiejskie jadło, oczywiście zawsze sowicie opłacane polskim kmieciom. Przez trzy lata wojny rzucił raz granatem i wystrzelił dla niepoznaki w powietrze. W mundurze Wehrmachtu nosił skrzynki, naprawiał kable i spędzał „gut zeit” na przepustkach i urlopach. Gdy poczuł nieznośny ciężar bytu, udał się na dezercję.

Oj, coś za sielankowa ta wojna, panie Ceraficki.

 

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 1 listopada 2017 w literatura 2017

 

Tagi: , ,

Polskie Imperium – Michael Morys – Twardowski

„Już z samych filmów wiesz jak było” mawiał bohater barejowskiego „Misia”. Pan Michael Morys – Twardowski z samych filmów posklecał jeden barwny trailer. I podobnie jak filmowy trailer, książka streszcza najlepsze momenty polskiej historii w pięć minut, kompresując wieki zmagań z agresywnymi sąsiadami. Sęk w tym, że kreślenie imperium tą metodą jest manipulacją i kompletną bzdurą.

„Polskie Imperium” raduje dusze współczesnych nacjonalistów dumnie podpalających race w dniu pierwszego sierpnia i wdziewających biało – czerwone kondony przeciwdeszczowe. Czy to coś złego? Nie. W gruncie rzeczy to nawet godne pochwały. Ale na kilometr pachnie jeśli nie nachalną propagandą to przynajmniej manipulacją. Sienkiewicz przynajmniej  robił to w białych rękawiczkach. Morys – Twardowski użył łopaty i azbestowych rękawic p-poż.

Autor nie zmyśla przytaczając kolejne fakty. To znane daty historii Polski, podobnie jak istnienie owego „imperium”. Dynastia Jagiellonów zbudowała potęgę, z którą liczyli się ościenni władcy i cała rycerska wówczas Europa. Elekcyjnym władcom Polski udało się niejako rozpędem dowieźć resztki polskiej potęgi do połowy XVII wieku. Nic nowego.

Kontrowersyjna jest natomiast teza Polski od morza do morza (a nawet więcej). Zagłębiając się w lekturę łatwo zgubić kontekst wieków i wątpliwej trwałości podboje pierwszych Piastów dokleić do niespełnionych apetytów dynastycznych szwedzkiego rodu Wazów.

Dodajmy do tego podbój Berlina, lądowanie w Sztokholmie czy bardziej realny sensu stricte sukces jakim była wyprawa królewicza Władysława IV po carską koronę. Powstaje zatem Polska od Berlina po Moskwę i od Szwecji po Morze Czarne. Trochę jak skompresowanie symfonii Beethovena do trzech nutek z teleturnieju „Jaka to melodia” i nazwanie tego hitem lata.

Najciekawszą i najbardziej wartościową częścią książki są mało znane fakty z historii kolonizacji. Beletryzowane historyki o podboju Tobago czy Gambii robią wrażenie – nawet jeśli to nieco podkolorowane opowieści o awanturnikach, których celem niekoniecznie było zakładanie polskich kolonii.

Czytać uważnie, ze zrozumieniem i dużą dozą dystansu do tekstu.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 4 września 2017 w literatura 2017

 

Tagi:

1945 Wojna i pokój – Magdalena Grzebałkowska

Maj 1945. Czarno -białe obrazy kronik filmowych ukazują obejmujących się żołnierzy, cywili rzucających kwiaty. To również bezkres zniszczenia – pustyni gruzów w miejscu Warszawy czy triumfalnie zrównanego z ziemią Berlina.

Kadry kronik pełne są zmęczonych wojną ludzi: obrazów więźniów wyzwalanych obozów zagłady tuż obok szczęścia mieszkańców miast wyciągających ręce po chleb z wojskowych transportów.

Czy zatem czerwiec 1945 roku oznaczał gorączkową odbudowę i entuzjazm? Powszechne zadowolenie po latach udręki? Magdalena Grzebałkowska dowodzi, że wpojony nam obrazek końca wojny daleki jest od ponurej rzeczywistości.

Wojna nie skończyła się jeszcze długo, głosi główna teza książki. Dla niektórych trwała aż do wczesnych lat pięćdziesiątych.

„1945” idzie tropem nowoczesnej publicystyki historycznej. Autorka nie boi się trudnych tematów. Przed czytelnikiem Grzebałkowska odkrywa kulisy powojennego chaosu, dla dużej części społeczeństw czasu groźniejszego niż lata wojennej pożogi.

Mądra lektura zapełniająca lukę przez pół wieku zionącą w historii powojennej Polski i Europy.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 15 lipca 2017 w literatura 2017

 

Tagi: ,

Wypędzeni. Losy powojenne Niemców – R. Douglas

wypedzeni-losy-powojenne-niemcowW umysłach kolejnych pokoleń na II wojnę światową składają się ikony faszystowskiego bestialstwa, holocaustu, D-Day i bohaterstwa narodów sprzymierzonych w walce o pokonanie tyrana. Czarno-białe kroniki od lat malują historię jednobiegunowo, bez niepotrzebnego wdawania się w trudne obszary.

W „demoludach” lata socjalistycznej indoktrynacji wbiły w umysły kolejnych pokoleń obraz powojennych czasów, których symbolem stała się żywiołowa odbudowa i entuzjazm dla władzy ludowej. Historycy polscy, czescy czy rumuńscy przez lata kierowali uwagę społeczeństw w stronę złowrogiej III Rzeszy i jej ofiar. O krzywdach dokonanych przez „tych dobrych” przez lata nie mówiło się nic. Dziś wraca się do tematów wymazanych przez PRL. Na piedestały trafiły historie „żołnierzy wyklętych” i krzywdy ludności Wołynia. Trochę ciszej mówi się o pogromach żydowskich w 1945 roku, czy niechlubnych wyczynach polskich nacjonalistów na rubieżach wschodnich. Są tematy, których ujawnianie spotyka się z ogólnym oburzeniem. Tak jest w przypadku krzywd wyrządzonych ludności Ziem Zachodnich – polskie DNA nie jest w stanie zaakceptować trudnej prawdy niemieckich repatriantów. Dodatkową płachtą na byka jest ruch Eriki Steinbach, której polityczna zaciekłość nie pomaga w zaakceptowaniu przez ogół społeczeństwa niewygodnych faktów histrorycznych.

Jałta 1945. Kroniki pokazują zadowolonych „aliantów”, pewnych już swojego zwycięstwa, będących o krok od historycznego dobicia największego tyrana w dziejach ludzkości. Bohaterowie pozytywni: Stalin, Roosevelt i Churchill palą cygara i pozują – wszechpotężny triumwirat ustala powojenny kształt świata. To tu właśnie zapadają decyzje, których żniwem będzie wieloletnia pożoga w Europie Środkowo – Wschodniej. Wymuszone przez Stalina przesunięcie granic na Zachód powoduje reperkusje dalekie od sympatycznej historii Kargula i Pawlaka. To efekt domina przesuwającego miliony ludzi o setki kilometrów. Już w Jałcie politycy byli pewni katastrofy humanitarnej tej akcji, zaplanowanej jako zorganizowane przesunięcie ludności niemieckiej na tereny pobitej III Rzeszy. To co stało się później, przerosło wszelkie czarne scenariusze.

R.M Douglas odkrywa prawdę, której wolelibyśmy nie znać. Już w 1944 w wyzwolonej Rumunii powstały pierwsze ośrodki odosobnienia w Targu Jiu i Bukareszcie. Trafili do nich nie tylko źli Niemcy w mundurach SS, lecz także dziesiątki tysięcy autochtonów o niemieckich korzeniach. Narastające szaleństwo odwetu na wszystkim co niemieckie skupiło się na ludności zamieszkującej Czechosłowację, Bałkany i Polskę. Zaledwie dwa tygodnie dzieliły wyzwolenie ocalałych z obozu głównego Auschwitz od umieszczenia w tym samym miejscu etnicznych Niemców. Większość ocalałych obozów śmierci służyło zresztą wyzwolicielom do przetrzymywania jeńców wojennych i niestety także repatriantów przepędzanych na Zachód.

Eksodus Niemców znaczyła znieczulica powojenna. Ogólnym zjawiskiem końca lat czterdziestych było pragnienie odwetu. To uczucie zrodziło ogólną świadomość, że wypędzani sami sobie na to zasłużyli. Można było im odebrać wszystko, łącznie z godnością i życiem. Wielu rdzennych mieszkańców polskich „Ziem zachodnich” czy czeskich Sudetów nie doczekało powrotu do Niemiec, umierając w obozach i transportach.

Kolejne rozdziały książki to kolejne ciosy w wypielęgnowaną wiedzę historyczną. Liczby, fakty, zeznania ostatnich świadków są bolesnym dowodem na to, że szaleństwo wojny nie dotyczy nigdy tylko jednej strony a w każdym narodzie drzemie demon okrucieństwa.

Książka Douglasa nie jest dziełem kryształowym. Historycy znajdą tu z pewnością sporo materiału do sporów, a sam autor zapędza się czasem zbyt daleko, aby udowodnić swoje tezy. Profesor amerykańskiego Colgate University skupił się na czeskiej części historii, pobieżnie traktując temat wysiedleń z obszarów Polski, Węgier i Rumunii. Sporą część książki stanowią rozważania prawne i etyczne, będące jedynie zaczątkiem dyskusji na temat. Złożoność poruszanych tematów wymaga głębszej analizy historycznej, która miejmy nadzieję nastąpi, pozwalając na bardziej obiektywną ocenę trudnych lat powojennych.

Na progu XXI wieku, z bezpiecznego dystansu kilku pokoleń po wojnie, historia odkrywa kolejne karty. Wiele z nich wzbudza kontrowersje i skłania do dyskusji. Wśród nich sporo jest takich, o których chcielibyśmy nadal nic nie wiedzieć. Powinniśmy, bo „historia lubi się powtarzać”.

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 15 marca 2017 w literatura 2017

 

Tagi: , , , ,

Egzekutor – Stefan Dąmbski

egzekutor

  Żyłem wieczną imaginacją, wmawiałem sobie, że ja tej wojny nie przeżyję, a gdybym nawet przeżył jakimś cudem, to nie będę miał żadnej pomyślnej przyszłości przed sobą i że moja śmierć to jedyne mądre rozwiązanie. Żyjąc z tym założeniem całymi miesiącami, w końcu w nie uwierzyłem. I to uczyniło mnie takim dobrym.

Autobiografia Stefana Dąmbskiego, pseudonim Żbik, żołnierza AK z grupy dywersyjnej obwodu Rzeszów – Południe. Odznaczony Krzyżem Walecznych, przyznawanym „…celem nagrodzenia czynów męstwa i odwagi, wykazanych w boju…”. Dąmbski byłby typowym bohaterem swoich trudnych czasów gdyby nie jeden fakt – był likwidatorem.

Jego pierwszy wyrok był jednocześnie egzaminem na fachowca. Wykonał go na szkolnym koledze, konfidencie Gestapo. Później było już łatwiej.

Źle strzelony przeciwnik, o ile w grę wchodzi mały kaliber pistoletu, jest nieraz długo przytomny, a mając własny rewolwer czy pistolet w kieszeni – jest w stanie jeszcze się bronić, często z fatalnymi skutkami.

Likwidator ze szczegółami opisuje swoje misje. Nie szczędzi czytelnikowi dosłownych relacji i opisów własnego stanu ducha. Z czasem wojenne traumy zaczęły mu ciążyć. Przerzucony do Niemiec przez topniejące struktury AK w wyzwolonej, komunistycznej Polsce trafia w końcu do Ameryki. Po latach schorowany i osamotniony popełnił samobójstwo, zostawiając po sobie gorzki dziennik, z którego przeziera rozpacz człowieka zdeprawowanego przez wojnę.

Spełniły się moje marzenia; byłem człowiekiem bez skrupułów… Byłem gorszy od najpodlejszego zwierzęcia. Byłem na samym dnie bagna ludzkiego. A jednak byłem typowym żołnierzem AK. Byłem bohaterem,

 

„Egzekutor” wzbudził wielkie kontrowersje i emocje, szczególnie w środowisku kombatantów. Słusznie postawione na piedestałach bohaterstwo AK, przez lata wymazane z pamięci, zdołało nabrać szacownej patyny. Tym, którzy pozostali jeszcze na Ziemi nie w smak przyznawać, że represje nie były wyłącznie domeną hitlerowców. W polskiej historii jest miejsce na moralnie bezdyskusyjny eufemizm „likwidacji faszustów i kolaborantów”. Wyznania Dąmbskiego naruszają kruche status quo.

Wydwnictwo PWN postarało się obiektywnie nakreślić racje obu stron przedstawiając dwie polemiki. Prezes Koła Światowego Związku AK zarzuca Dąmbskiemu fałsz historyczny. Komentarz historyczny dra hab. Grzegorza Ostasza potwierdza wersję Stefana Dąmbskiego. Kto ma rację? Miejmy nadzieję, że historia ujawni kiedyś kolejne fakty.

 

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 19 grudnia 2016 w literatura 2016

 

Tagi: , , , ,

Historia Roja

hisotria-roja

Nie wiadomo co napisać po obejrzeniu tego filmu. Jest tak bardzo słaby, a przy tym tak żenująco zanurzony w bieżącą politykę z jej wszystkimi najobrzydliwszymi stygmatami. Paradoksalnie film przez to zbliżył się mentalnie do ustroju, z którym walczy główny bohater – wtłaczanej siłą „jedynej słusznej prawdy historycznej”.

Film Jerzego Zalewskiego, na codzień związanego z Telewizją Republika i miłościwie panującą władzą (niedoszły poseł tegoż ugrupowania) robi sprawie „żołnierzy wyklętych” w gruncie rzeczy więcej szkód niż pożytku. Temat organizacji walczących z nowymi okupantami Polski od lat domaga się rzetelnego przedstawienia kolejnym pokoleniom. Nie jest to jednak historia czarno – biała, ale skomplikowana i bolesna część historii kraju. Nawet jeśli spojrzenie twórcy musi być nacechowane zbyt mocnym odchyleniem światopoglądowym, byłoby to akceptowalne przy dobrym scenariuszu i dobrej grze aktorskiej.

„Historia Roja” zawodzi na każdym kroku – od tragicznego scenariusza po realizację i słabych aktorów. Film nie ma pomysłu na fabułę i stanowi zlepek chaotycznych scen, z których większość to nakręcone z fanfaronadą, upokarzająco amatorskie sceny walk. Kiedy na ekranie braknie rachitycznych wybuchów i strzelanin, pojawiają się równie złe scenki rodzajowe, od których bolą zęby. W przeważającej części to natchnione i kwadratowe do bólu deklamacje, oderwane od realiów codzienności.

Jeszcze gorsze są fantasmagorie, których doświadcza główny bohater. Ogląda się je ze zdumieniem, jak wklejkę pomyłkowo zrobioną na stole montażowym. Kiedy zaś reżyser wpada na pomysł zaserwowania widzom delikatnej zmiany nastroju, jest naprawdę żenująco (scena z kulą w głowie).

Film ma ledwie dwa jaśniejsze punkty – pierwszy to Tomasz Dedek w roli ubeka, drugi to Piotr Nowak w roli Wyszomirskiego. Najwyraźniej reżyserowi lepiej wychodzą szwarc charaktery niż bohater pozytywny.

Historia Polski końca lat czterdziestych XX wieku to okres kompletnego chaosu. Rosjanie, Niemcy, Ukraińcy a przede wszystkim „dobrzy” i „źli” Polacy wymieszani w tyglu wojny i polityki. Od daty radzieckiej ofensywy w 1944 i przekroczenia granic Polski sprzed Września 1939 roku historia Polski staje się relatywna i wciąż mamy z nią kłopot.

W czasach komunizmu Żołnierze Wyklęci byli po prostu bandytami, których słusznie karała ręka władzy ludowej. Po odwilżach PRL-u agresywną propagandę zastąpiono cichym wymazaniem z pamięci. Po roku 1989 zachłyśnięta wolnością Polska zdawała się nie chcieć wyciągania starych trupów z szafy. Panująca dziś ofensywa wstawiania na piedestały zapomnianych bohaterów – w gruncie rzeczy słuszna i godna pochwał – zaczyna przypominać obsesję skręcającą skrajnie na prawo.

To dobrze, że polskie kino dotyka spraw bolesnych. Dobrze, że poruszane są tematy trudne i takie, o których kolejne pokolenia zdają się nie pamiętać. Byłoby dobrze, gdyby na ten temat powstawały przynajmniej filmy dobre warsztatowo. Skoro polska branża filmowa nie ma środków na spektakularne filmy wojenne, niech to przynajmniej będą obiektywne i chwytające za serce dramaty.

 

 

 

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 19 listopada 2016 w kino 2016

 

Tagi: , , ,

Wałęsa – Człowiek z Nadziei

Walesa.-Czlowiek-nadzieiPowstanie historycznego filmu o człowieku, który wciąż żyje nie jest zjawiskiem częstym. Już samo to pokazuje jakim symbolem stało się nazwisko Wałęsa. Mimo kontrowersji i grzeszków jakie ma na sumieniu, Wałęsa to wciąż polska legenda. Byłoby dobrze, gdyby tak zostało. W tym kontekście film Wajdy to kawał dobrej roboty.

„Człowiek z nadziei” rozciąga się do dekady walki z PRL-owskim aparatem władzy – od wczesnych lat siedemdziesiątych po osiemdziesiąte. Wybór dat nie jest przypadkowy – od młodego robotnika po ludzku oburzonego na warunki życia, po świadomego swojej siły i sławy przywódcy Solidarności.

Andrzej Wajda to reżyser o wielkim doświadczeniu i zasługach. Niestety od dawna już powielający swoją twórczość filmowiec opowiada na Wałęsie na kolanach. Obraz przywódcy Solidarności jest wygładzoną opowiastką o rodzącym się mężu stanu. Reżyser momentami zbyt jawnie narzucająca jedyny słuszny punkt widzenia. Wajdowski sposób na kino to wciąż kino historyczne z morałem „ku pokrzepieniu serc” niczym u starego, dobrego Sienkiewicza. A że przy okazji to także doskonały sposób na strumień sprzedanych biletów dla wycieczek szkolnych…

Poprawną warsztatowo, choć nieoszałamiającą produkcję ciągnie w górę doskonały Więckiewicz. Aktor perfekcyjnie wcielił się w rolę – od młodego pre-Lecha, po buńczucznego polityka, jakim Wałęsa jawi się w trakcie wywiadu z Orianą Fallaci.

Dzięki pomysłowemu połączeniu scen z „Człowiekiem z Marmuru” i surowości wplecionej w fabułę polskiej muzyki film zyskuje całkiem ciekawy klimat, a nawet kapkę nowoczesności, co Mistrzowi Wajdzie dawno się nie zdarzyło.

„Człowiek z Nadziei” nie jest ani dobry, ani zły. To poprawny film, w sam raz dla młodego widza, któremu warto przypomnieć najnowszą historię Polski podaną w atrakcyjnej formie. Na filmy kontrowersyjne czy wręcz wrogo do Wałęsy nastawione przyjdzie czas (przyszedł? ;). Dziś, kiedy maluczcy z Sejmu opluwają ten bądź co bądź największy polski symbol ważniejsze jest podkreślenie, że wolność nie przyszła do nas dzięki uprzejmości panów Jaruzelskiego i Kiszczaka. I chyba też niekoniecznie dzięki tym, co ukradli księżyc.

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 8 marca 2016 w kino 2016

 

Tagi: , , , , ,

Carska manierka -Andrzej Pilipiuk

carska-manierka-b-iext23620780Która to już porcja opowiadań Pilipiuka… Ponownie bohaterem większości historii pozostaje dziarski Robert Storm. Chłopak nie nosi wprawdzie majtek na spodniach i pelerynki, ale do superbohatera wiele mu nie brakuje. Miks Sherlocka Holmesa z warszawskim cwaniakiem za każdym razem wpada w wir archeologiczno – fantastycznych zdarzeń. I zawsze wychodzi z nich obronną ręką.

Spośród opowiadań rozbudowana i wyróżniona tytułem zbioru „Carska manierka” wydaje się równie ciekawa co reszta.

„Czarne parasole” nieco banalnie podejmuje wątki podróży w czasie. „Miód umarłych”, „Album” i „Na dnie mogiły” mają w sobie zaskakujące fantastyczne elementy.

W dwóch opowiadaniach pojawia się inny ulubieniec Pilipiuka – doktor Skórzewski. Zmierzch carskiej Rosji, ziąb Syberii i wątki polskich zesłańców tworzą ciekawe tło do przygód rodzimego Indiany Jonesa. Jedno z opowiadań ociera się zresztą niemalże o powrórkę z Indiany* 😉 Skórzewski uczestniczy w wyprawie na górę Ararat w poszukiwaniu zaginionej arki.

Ostatnim opowidaniem „Carskiej Manierki” jest „Rehabilitacja Kolumba”, przeniesiona do alternatywnej rzeczywistości opowiastka byłaby świetnym początkiem dłuższej książki.

Pilipiuk jest historycznym erudytom i znawcą wielu dziedzin. W codziennym życiu musi być szalenie denerwujący, z tym swoim wszechwiedzącym perfekcjonizmem. Jako autor powieści podrzuca czytelnikowi wiele historycznych i technicznych smaczków, które nadają szlachetności krótkim formom. Powieściowy fantom Pilipiuka Robert Storm jest dzięki temu godny podziwu, choć konstrukcja tego bohatera bywa nieznośnie mickiewiczowska. Historie Dr. Skórzewskiego stanowią za to gotową kanwę serialu, który przy sprawnej realizacji mógłby przyćmić wiele produkcji przygodowych.

 

* No dobra, chodzi o arkę Noego, nie o Arkę Przymierza 🙂

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 27 września 2015 w literatura 2015

 

Tagi: , , , ,

Kolumbowie rocznik dwudziesty – Roman Bratny

Kolumbowie rocznik 20Roman Bratny kojarzy się dziś chyba bardziej z popularną piosenką polskiego neurologa niż z literaturą. Szkoda, bo najbardziej znane dzieło tego autora jest ponadczasowe.  „Twardy bądź jak Roman Bratny” to oczywiście licentia poetica muzyka, ale powieść „Kolumbowie rocznik 20” jest lekturą w wielu miejscach drastyczną i zdecydowanie „twardą”.

Trylogia Romana Bratnego o okupacji hitlerowskiej („Śmierć po raz pierwszy”), Powstaniu Warszawskim („Śmierć po raz drugi”) i skomplikowanych czasach po II wojnie („Życie”) powstała w latach „odwilży” końca lat 50-ych.

„Zabawa w konspirację” przynosi myśl lektura pierwszych stron „Śmierci po raz pierwszy”. Fabuła szybko wyprowadza z błędu – pomimo szczenięcego jeszcze wieku „Kolumbowie” nie bawią się w wojsko. Oni faktycznie wykonują akcje dywersyjne i ryzykują życiem. Tylko momentami mają czas na pierwsze miłości i szkolne przygody. Zygmunt, Czarny Olo, Kolumb i Jerzy szybko dojrzewają. W sam raz, aby stawić czoła niewyobrażalnej rzezi Powstania. „Kolumbowie” kończą się tomem „Życie”. Ci którzy przetrwali próbują sobie owo życie poukładać w czasach paradoksalnie po stokroć dziwniejszych niż czas, w którym nasi byli z jednej a wróg z drugiej strony barykady.

Literacko „Kolumbowie…” to książka surowa, pełna rwanych historii i nerwowości. Dobrze oddająca klimat czasu. Bratny nie stara się wszystkiego tłumaczyć – część historycznego kontekstu jest oczywista, wiele nieopisanych scen łatwe do uzupełnienia w trakcie kolejnych stron lektury.

Autor zdecydował się opublikować swoją powieść w czasach, gdy pierwszy raz po gehennie wojny można było wypowiedzieć na głos nazwę „Armia Krajowa”. Oczywiście poza zestawieniem AK na równi z bandami UPA i innymi „bandytami”, „reakcjonistami” i „agentami Londynu”.

Niełatwe lata Stalinizmu i wciąż potężny komunizm końca lat 50-ych odcisnął na Bratnym swoje piętno, a jego życiorys – w tym legitymacja PZPR, liczne odznaczenia państwowe i publikacje w „Nowej Kulturze” – wskazuje na zachłyśnięcie się socjalizmem.

Sympatyzowania z nowym ładem można dostrzec także w „Kolumbach”, ale powieść ta pozostaje przede wszystkim odważną (i jedną z pierwszych) próbą zmierzenia się z trudnym tematem Powstania Warszawskiego. Drastyczne opisy powstańczej codzienności są jednym z najbardziej przejmujących zapisów literackich lata 1944. Bratny tam był. Nawet jeśli później zakochał się w „jedynej słusznej drodze do Polski” – trzeba go czytać.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 28 lipca 2015 w literatura 2015

 

Tagi: , , , ,

Obywatel

ObywatelKolejny film zamordowany przez marketingowca. Materiały reklamowe dawały złudzenie nowej „najśmieszniejszej” komedii polskiej. Skok na kasę i lep na maluczkich okazał się ważniejszy niż rozsądek. W efekcie nie dziwi lawina złych opinii, szczególnie roztaczanych pod wszelkiego rodzaju recenzjami.

„Obywatel” to łącznik do innego polskiego filmu ze Stuhrem w roli głównej. „Obywatel Piszczyk” z 1988 roku bezpiecznie naśmiewał się z odległej epoki stalinizmu, kontynuując wcześniejszy wątek Piszczyka w wykonaniu Bogusia Kobieli. Obawiam się, że dla większości widzów nie jest to oczywiste (kto dziś ogląda starocie sprzed lat?).

Nowy film podąża tą samą, utartą ścieżką. „Obywatel” próbuje ogarnąć trudne polskie czasy. Niestety Jerzy Stuhr zbyt szeroko rozkłada ręce łapiąc polską historię od lat 50-ych do współczesności. Od wierszyków dla Stalina po Radio Maryja i „Gdzie jest krzyż!?”. Nadmiar zdarzeń, komicznych scenek i mrugnięć okiem do widza jest barokowy. Statystyczny widz wielu z nich nie skojarzy, czekając na slapstickowe sceny umieszczone w trailerach.

Bogactwo tematów skutkuje też nieuchronnym skrótem, niejednokrotnie upraszczając sprawy rodzaju ksiądz w burdelu,  nauczyciel – ciapa.

Zarówno Maciej jak i Jerzy Stuhr są w swoich rolach doskonali. Obaj mają niewątpliwy talent komiczny a sceny pokazywane w 3 minutowej sekwencji reklamowej to także mrugnięcie okiem do inteligencji widza. Film jest fajny i zasługuje na uznanie. Jest przy tym arcy „sthurowski” w najlepszym tego słowa znaczeniu.

Tyle że „Obywatel” to scenariusz na serial.

 

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu 25 listopada 2014 w kino 2014

 

Tagi: , , , ,