RSS

Archiwa tagu: Czechy

Kacica – Pavel Kohout

Doktor Šimsa i docent Vlk wpadają na genialny w swej prostocie pomysł – stworzą szkołę katów i uchronią ten piękny i szanowany zawód od nieuchronnego zapomnienia.

Pragnę swoim skromnym udziałem przyczynić się do tego, byśmy pewnego ranka nie obudzili się w świecie bez egzekutorów.

WIEDZA CAŁEGO ŚWIATA UCZYNI Z CIEBIE KATA!

nazwa szkoły została wymyślona w taki sposób, ażeby skrót ŚRESZKUK mógł wobec niepowołanych znaczyć Średnia Szkoła Upraw i Kultur.

Panowie ruszają z naborem. Wśród nielicznych kandydatów najbardziej obiecującą okazuje się Lizinka Tacheci. Dziewczyna marzyła o liceum teatralnym ale szkoła doktora Simsy wydaje się jej ciekawą alternatywą a zawód „wykonatorki” profesją poważną i prestiżową.

Niech nas wiedzie w kosmos przez piaski księżyca wysmukła i czysta niczym szubienica! Niechaj wszyscy przyjmą z jej rąk chrzest: Strangulare humanum est! Po ostatnim słowie zadudnił z magnetofonu popularny marsz

Szanowne ciało pedagogiczne rusza pełną parą z misją edukacyjną napotykając na niespodziewane obstrukcje zarówno w obozie uczniowskim jak i własnym dwuosobowym gronie.

Tuż przed północą wystrzeliły korki szampanów i wtedy wesoły nastrój zakłóciła scena, podczas której Vlkowi zakrzepła krew w żyłach. Między przebierańców weszła z korytarza wysoka postać, zamaskowana czerwonym kapturem. Ażeby nie było wątpliwości, kogo przedstawia, trzymała w ręku koło, z którego kapała krew, tak czerwona, uzmysłowił sobie profesor, jak potrafi być tylko dżem malinowy.

Pawel Kohout to jeden z czołowych pisarzy czeskich – niestety w Polsce mało znany i równie mało wydawany. Szkoda, bo próbka talentu w postaci przewrotnej i nietuzinkowej „Kacicy” stawia autora na równi z legendarnymi pisarzami – Ota Pavlem, Ladislavem Fuksem, nie wspominając już o Hrabalu.

Jak przystało na czeskiego literata, pod banalną i śmieszną historią kryją się pokłady przewrotnego humoru i subtelnych dygresji.

 

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 6 września 2022 w literatura 2022

 

Tagi: , , ,

Pepiki – Mariusz Surosz

Niby się znamy z tym naszym południowym sąsiadem.Gdy jednak pada pytanie o Czechów – statystyczny Polak – Szarak sypnie jak z rękawa uklepanymi stereotypami.

A więc Krecik i Sąsiedzi, no może jeszcze Wodnik Szuwarek i Hanka, laska Rumcajsa. Do tego nieśmiertelne kulinarne szablony – knedliczki i piwo. Ogólniej o narodzie? Proszę: a, że taką śmieszną mowę mają. aA że bić to się nie umieją. Że się poddali, no i że w sumie to tacy trochę słowiańscy Niemcy.

Słowem: „pepiki”.

Mariusz Surosz to kolejny polski publicysta podejmujący misję uświadomienia rodaków, że Czechy i Słowacja to kraj o kulturze dużo głębszej niż kilka odcinków Dobranocek. I kraj, którego losy są równie skomplikowane co nasze własne.

W „Pepikach” kreśli Surosz sylwetki największych Czechów. Nie zawsze bohaterów pozytywnych czy też niezbyt pozytywnie osądzonych przez historię. I nie zawsze wyłącznie polityków jak wielki mąż stanu Tomas Masaryk i spiżowy Edvard Benes. Jest tu miejsce dla społeczników, wynalazców i żołnierzy. A nawet na żonę sławnego polityka i przyjaciółkę pisarza.

Żeby nie było rozczarowań – o Rumburaku nie ma ani akapitu 🙂

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 28 września 2019 w literatura 2019

 

Tagi: , , ,

Projekt Berseker – Vladimir Slechta

Postapokaliptyczna opowieść o Regencji Bojeni – rubieżach Cesarstwa ze stolicą w mieście Parga nad Bełtawą.

Zaczyna się z przytupem, od bitwy na Laramissą, w której główny bohater staje się elementem decydującym o wygranej.

Gouvernet Fink jest negocjatorem. Zatrudniony do znalezienia zaginionej dziewczyny odkrywa istnienie spisku – tajnej organizacji zmierzającej do wynalezienia specyficznych środków chemicznych. Fink z małą grupką bojową wyrusza na tereny dzikich.

Vladimir Slechta wysilił się bardziej niż tylko zmieniając litery w geograficznych nazwach czeskich. Stworzył świat, który zmaga się z brakiem surowców energetycznych, jednocześnie posiadając arsenał zabójczej broni. Ludzkość cofa się w rozwoju, za horyzontem mając wizję powrotu do epoki kamienia łupanego. Takowa zresztą już panuje – gdzieś na rubieżach na północny wschód od Bojeni 🙂

Podobnie jak w „Sierżancie” Miroslava Żambocha niemalże steampunkowa wizja świata miesza się ze specyficznym czeskim poczuciem humoru. Za kanwę książki posłużyła legenda o Berserkach – niestety podana półgębkiem zmarnowała szansę na intrygujące rozwinięcie nordyckiego podania o niepokonanych wojownikach.

„Projekt Berseker” nie zostanie klasyką literatury. Napisana na luzie i z dużą wyobraźnią ma także swoje słabości – niezbyt dramatyczną akcję i nieco banalnych uproszczeń. Dopracowana mogłaby stać się kanwą ciekawego cyklu S-F.

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 24 września 2017 w literatura 2017

 

Tagi: , ,

Sierżant – Miroslav Žamboch

Sierżant Lancelot odbywa standardową nudną wachtę na skraju znanego sobie świata. Egzotyczne Joudzou, to kompletne zadupie – ot taka czeska prowincja. Obrzeża cywilizacji to także styk z tajemniczym, bliżej nieokreślonym światem paranormalnym. Na tej ziemi od dawna nie stanęła ludzka stopa. Jednostka sierżanta Lancelota natrafia na coraz to dziwniejsze oznaki, że za umowną granicą ludzkiej kolebki dzieje się coś strasznego. Przypadkowe odkrycie w okopie rozpoczyna ciąg wypadków, które umieszczą tytułowego bohatera w centrum skomplikowanej rozgrywki między ciemnymi siłami a resztką ludzkości.

Świat (przyszłości?) Żambocha to dziwne miejsce. Magia miesza się z siermiężną codziennością. Nie jest to jednak świat rycerzy i czarowników. Pełno tu jest technologii, choć technika jest ograniczona tzw. „progiem Chandrekosa”. Ten tajemniczy parametr określa moment, w którym przedmioty o budowie złożonej bardziej niż szewski młotek stają się zabójcze dla operatora. Z każdą stroną powieści mały świat północno-wschodnich rubieży rozbudowuje się o kolejne zdumiewające fakty i przedmioty. Magiczne kamienie gwarantują moc, tajne zaklęcia są niezbędne do codziennego życia ale najskuteczniejszą pozostaje dobra stara broń obusieczna.

Powieść Miroslava Żambocha to ciekawostka w świecie literatury S-F. Mieszanka gatunków i specyficzny czeski humor dają niepowtarzalny efekt „czeskiego fantasy”. Wykreowany przez autora świat bywa infantylnie uproszczony, ale wciąga innowacyjnymi pomysłami. Zabawna lektura, pomimo paru słabszych momentów.

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 15 września 2017 w literatura 2017

 

Tagi: , ,

Czerwony Kapitan

czerwony-kapitanMroczne kino policyjne w wydaniu czesko – słowacko – polskim. Bratysława, rok 1992 – tuż przed ostateczną śmiercią Państwa o nazwie Czechosłowacja.

Krajobraz nadal przypomina ten sprzed upadku Muru Berlińskiego. Demoludy rozdarte są pomiędzy starym systemem a młodą demokracją. Po kilkudziesięciu latach bezkarnych rządów, na powierzchnię wypływają brudne sprawy wszelakich służb specjalnych.

Dwaj policjanci dostają na warsztat pochowanego w pośpiechu nieboszczyka. W jego głowie tkwi pokaźny gwóźdź a ślady na ciele wskazują na ofiarę przesłuchań STB, czechosłowackiej służby bezpieczeństwa. Dla starego „milicjanta” Burgera to tylko kolejny przypadek do odhaczenia. Młodszy Krauz (w tej roli gadający po czesku Maciej Stuhr) podchodzi do sprawy ambitniej, coraz mocniej zapadając się w bagno powiązań komunistycznych służb, Kościoła i wykluwającej się mafii.

Obiecujący scenariusz. Gorzej z wykonaniem.

„Czerwony Kapitan” jest ekranizacją powieści poczytnego słowackiego autora. Dominik Dan jest detektywem wydziału śledczego słowackiej policji i konsultantem ds. kryminalnych ministra spraw wewnętrznych. Niestety dobry scenariusz został położony realizacją z pogranicza „czeskiego filmu”. Nasi południowi sąsiedzi są świetni w kinie niepoważnym, przy ciężkich tematach brak im chyba wrodzonego czarnowidztwa i pesymizmu.

Temat, czas i miejsce akcji naturalnie przywodzi na myśl „Psy” Pasikowskiego. „Czerwony Kapitan” nie wytrzymuje tej konkurencji. W polskim filmie klimat był przytłaczający a bohaterowie żywcem wyjęci z przaśnych lat dziewięćdziesiątych. W słowackiej produkcji wszystko rozłazi się w szwach.

Akcja plącze się niemiłosiernie, szwarc charakterów trudno ogarnąć a sam Stuhr wypada nieprzekonująco. Richard Krauz wiedziony nieznaną bliżej widzowi motywacją, posiłkując  się równie enigmatyczną dedukcją miota się pośród wszelakich mocy piekielnych z Bratysławy rodem. Mrożące krew w żyłach sceny wypadają gorzej niż straszenie dzieci Rumburakiem.

Apogeum filmowego dramatu – w zamierzeniu twórców zdaje się majstersztyk kina akcji – doprowadza do łez. Niestety nie ze wzruszenia, ale z rozpaczy nad ujęciami, za które student filmówki wyleciałby na zbity pysk z uczelni. Po obejrzeniu kolejnej dynamicznej sceny nabiera się podejrzenia, że „Czerwony Kapitan” to jednak jakiś pastisz o wysublimowanym poczuciu humoru niedostępnym polskiemu widzowi.

Niestety, oni tak na serio.

ps.

Nie jest sztuką śmiać się ze śmiesznego skądinąd języka braci zza gór, ale byłoby chyba lepiej zostawić język oryginału zamiast silić się na polskie udźwiękowienie. Całość okraszona koszmarnym dubbingiem dodatkowo uprzykrza śledzenie akcji. Stuhr polski dubluje Stuhra słowackiego a reszta aktorów brzmi jak panowie Blekota, Mekota i Pekota.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 14 stycznia 2017 w kino 2017

 

Tagi: , , , , ,