RSS

Archiwa tagu: Christian Bale

Ford v Ferrari

Projektant samochodów Caroll Shelby i kierowca Ken Miles podejmują się karkołomnej próby pobicia wyścigowej hegemonii stajni Ferrari. Polem walki będzie dwudziesto cztero godzinny wyścig Le Mans.

Czy toporny dwuślad z fabryki w Detroit doskoczy do mistera auto-sexi ze scuderia Ferrari? Pytanie retoryczne.

Lekki i przyjemny film nie pozostawia wiele miejsca wyobraźni. Smar, brud i oktany przekują wysiłki Shelby’ego i Milesa w największą nagrodę – samochód, który godnie stawi czoła niepokonanemu włoskiemu mistrzowi.

Pozostaje cieszyć się z kreacji głównych aktorów. Sprawnie grający Matt Damon o dziwo wypada tu lepiej niż szarżujący Christian Bale. Manieryzmy Dale’a mogą drażnić, podczas gdy oszczędna postawa zaskarbia sobie sympatię widza.

Trzeci bohater to oczywiście imponujący w swojej toporności Ford GT40 z 1966 roku.

Zastanawiające są aż cztery nominacje oscarowe, w tym w kategorii głównej za najlepszy film. Może członkowie Akademii jeżdżą Fordami? 🙂

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 5 lutego 2020 w kino 2020

 

Tagi: , , , ,

Hostiles

Rok 1892. Kończy się era wojen z Indianami równin Północnego Zachodu. Ostatni „dzicy” wciąż stanowią zagrożenie dla samotnych traperów, ale większość pozostałych przy życiu autochtonów jest pod kontrolą armii.sierż

Kapitan Joseph J. Blocker (Christian Bale) dostaje rozkaz odprowadzania grupki Indian do odległego rezerwatu. Weteran wojenny z ociąganiem i niechęcią podejmuje się ostatniego zadania. Wśród żołnierzy Blockera jest wielu, którzy sprawę załatwiliby prościej – zabijając na miejscu znienawidzonego starego wodza Czejenów i jego rodzinę.

Bezdroża Ameryki nadal pozostają krainą bezprawia. W trakcie podróży oddział Blockera trafia na ślady indiańskiej napaści na osadników. Jedyną ocalałą jest Rosalie Quaid (Rosamund Pike). Kobieta na skraju pomieszania zmysłów dołącza do konwoju. Napadnięci przez wrogi odział Indian członkowie ekspedycji są zmuszeni do współpracy żeby przeżyć.

Surowy i monumentalny „Hostiles” wpisuje się w ducha współczesnego kina amerykańskiego, z jego rewizjonistycznym nastawieniem do historii „Dzikiego Zachodu”. Opowieść o sprawiedliwym żołnierzu walczącym z hordami wrogów jest kolejną filmową próbą odkupienia amerykańskiego sumienia. Nie mniej spiżowa niż główny bohater jest postać „Żółtego Jastrzębia”. Podziwiając godność wielkiego wodza Czejenów trudno nie uśmiechnąć się z myślą o przeczytanych w dzieciństwie powieściach Karola Maya.

Kapitan J.J. Blocker jest weteranem spod Wounded Knee, o czym informuje oskarżony o zbrodnię na indiańskiej rodzinie sierżant Wills (Ben Foster). Już samo zestawienie sądzonego za zbrodnię sierżanta US Army i ciętego ze spiżu kapitana pachnie sztucznością. Biorąc pod uwagę fakt, że masakra Siuksów pod Wounded Knee miała miejsce zaledwie dwa lata przed akcją filmu, duchowa przemiana Blockera zdaje się zjawiskiem fantastycznym. Podobnie jak ciężar bytu, na jaki w trakcie epickiej podróży reżyser skazuje biedną Rosalie.

Piękny i stonowany w warstwie estetycznej, „Hostiles” jest „tylko” nakręconym na czasie i z realistycznym zacięciem westernem. Z niejaką ambiwalencją można patrzeć na samą historię najeżoną absurdami o znikomej logice, ale wciąż podbijającą puls opowieści. A jednak ogląda się go z zapartym tchem trzymając kciuki za powodzenie wyprawy. Podobnie jak podczas lektury przygód Tecumseha.

 

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 15 listopada 2018 w kino 2018

 

Tagi: , , , ,

American Psycho (2000)

Ekranizacja powieści Breta Eastona Ellisa z 2000 roku to dziś klasyk światowego kina.

Bateman o twarzy Christiana Bale to kreacja doskonała – wymuskany japiszon, który w zaciszu swojego apartamentu na Manhattanie zmienia się w maniakalnego mordercę. Scenariusz wiernie podąża za książką i podobnie jak pierwowzór pozostawia widza z dylematem – prawda czy urojenie chorego umysłu?

Po 17 latach od premiery film nabrał patyny. Wywatowane marynarki i przenośne telefony o rozmiarach walizki młodemu widzowi mogą się wydać rekwizytami science – fiction.  Równie retro okazuje się dziś realizacja filmu z jego udźwiękowieniem i montażem. Takich filmów dziś się już nie kręci.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 4 czerwca 2017 w kino 2017, klasyka kina

 

Tagi: , , ,

Knight of Cups

 Podobno „Knight of Cups” to jedna z kart Tarota. Oznacza emocjonalną równowagę, kontrolę, hojność. Odwrócony wręcz przeciwnie złość, zmienność, manipulację emocjonalną. Która z twarzy „Rycerza Kielichów” trafiła na warsztat? Czyżby to był traktat o dwubiegunowości? Dziwny tytuł może oznaczać wszystko i nic. Przeważnie daje pewne rozeznanie o fabule. Nawiązanie do Tarota to ciekawy początek, smakujący mistyczną tajemnicą ludzkiej natury. Być może klucz do głównego bohatera. Ale z filmu się tego nie dowiemy. Bo z filmu, w ogóle niewiele się dowiemy.

„Bo to piękny film o niczym był” parafrazując Bogusia Lindę.

Terrence Malick to taki filmowy poeta, nie dla każdego zrozumiały. Natchnione frazy z offu i powalające kadry Emmanuela Lubezkiego stają się znakiem rozpoznawczym tego reżysera. Po „Drzewie Życia” „Knight of Cups” zdaje się potwierdzać regułę. Malick kręci piękne filmy, pozbawione jednak twardego kręgosłupa historii. A to przecież ciekawa historia jest tym, czym tak naprawdę widz szuka na seansie.

„Rycerza…” można streścić w kilku słowach: Rick (Christian Bale) prowadzi wystawne życie kogoś ważnego. Nie wiemy kogo, chociaż dystrybutor nazywa go scenarzystą. Rick szwenda się tu i tam, przemyśliwując nader skomplikowane kwestie zaklęte w wymuskanych frazach. Paulo Coelho zapewne gotuje się z zazdrości.

Rick nie wie co lepsze: życie na full, czy tęskne spojrzenia rzucane w harmoniczne pejzaże. Rick nie musi tego precyzować, reżyser wykłada swoją filozofię w pokrętny, choć w zasadzie łopatologiczny sposób – widzu wybierz sam. Wille za miliony dolców, najpiękniejsze kobiety, wypasione fury? A może ćwierkający ptaszek i bezmiar oceanu?

Ha! No pewnie, że Ćwirek.

Jak to z poezją bywa, ma swoich fanów (garstkę) i znudzone, nieczułe gremium arogantów (zazwyczaj pozostałe cztery miliardy ludzi na Ziemi). Z poezją filmową chyba jest podobnie – to co smakuje w off’owym kinie na 30 krzeseł, ubrane w splendor hollywoodzkiego hitu nie zachwyci zbyt wielu.

 

 

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu 21 Maj 2017 w kino 2017

 

Tagi: , , , ,

The Big Short

The Big Short2008 rok. Rosnąca bańka ekonomiczna nie daje znaków ostrzegawczych. Kwitnący rynek nieruchomości, doskonale prosperujące banki, zadowoleni klienci. Wszystko chodzi jak we wzorcowej maszynie. Do czasu, aż mała iskra wywoła wielkie bum!

W biurach Wall Street rekiny finansjery przeliczają kolejne wskaźniki na wirtualne pieniądze w jedną i drugą stronę. Łańcuch pokarmowy tego biznesu prowadzi od małych płotek do największych bossów. Gdzieś po środku jest kilku gości, którzy lepiej od innych rozumieją długie kolumny cyferek i widzą nadchodzące ekonomiczne tsunami.

Michael Burry (Chrystian Bale) jest społecznym socjopatą, oryginałem paradującym boso w biurze pełnym garniturów po 5000 baksów sztuka. Ale jest także geniuszem analizy. W swoim matematycznym autyźmie dostrzega regularność prowadzącą do jednego wniosku – będzie niezła jatka.

Z innego punktu widzenia patrzą na to zaangażowany społecznie Mark Baum (Steve Carell) i doświadczony Ben Rickert (Brad Pitt). Każdy z osobna przeprowadza dowód na katastrofalną kondycję rynku pożyczek subprime.

Obligacje zabezpieczone hipotekami sprzedawane przez banki to w skrócie bomba, od której się zaczęło.

Reżyser Adam McKay podjął się karkołomnej próby przetłumaczenia na język zwykłego człowieka przyczyn jednego z największych kryzysów finansowych. Jak trudna to sztuka, przekonali się wcześniej twórcy chociażby „Margin Call”.

„Big Short” podchodzi do tematu w stylu MTV. Teledyskowy montaż i dynamiczne sceny z pozoru nie pasują do posiedzeń Zarządów banków i gadek o skomplikowanych wskaźnikach. W filmie McKaya scena goni scenę, brylantowe wnioski wyciągane są z rzucanych w powietrze akronimów rodem z narzecza bankierów i maklerów. Gdyby nie wstawki z udziałem celebrities, niewiele dałoby się z tego pojąć. Wspomniane wstawki to łopatologiczna próba przetłumaczenia mętnych meandrów finansowych. Ze wszystkich najlepszy bodajże jest Anthony Bourdain wyjaśniający jak upchnąć stare nic nie warte kredyty w zupełnie nowy produkt.

„The Big Short” to film świetnie zrealizowany, doskonale zagrany, mający swój styl. Brawa należą się niezawodnemu Christianowi Bale i Steve Carell’owi, ale też reszcie obsady. Największym mankamentem pozostaje kwintesencja filmu, czyli sam mechanizm piramidy finansowej z użyciem CDO i innych dziwnie nazwanych machinacji. Nie łatwo pojąć istotę szwindla na najwyższych szczeblach – nawet przy próbie uproszczenia definicji. Łatwo natomiast dojść do słusznych wniosków – najwięksi nigdy nie upadną – z nimi musiałyby upaść rządy i cały porządek dzisiejszego świata.

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 20 listopada 2016 w kino 2016

 

Tagi: , , , ,

Exodus – Bogowie i Królowie

ExodusMojżesz – biblijny przywódca Izraelitów, święty, prorok, ten który wyprowadził naród wybrany z Egiptu i zawiódł do Ziemi Obiecanej.

Mojżesz widziany oczami Ridleya Scotta ma twarz Christiana Bale. Tą samą twarz miał inny nieugięty bohater – Batman.

Reżyser zaczyna swoją opowieść od scen batalistycznych, w których przyszły brodaty matuzalem bryluje na polu walki opancerzony po zęby. Walczy u boku swojego przyjaciela – faraona Ramzesa. Zażyła bliskość z władcą – bogiem Egiptu i sława niezłomnego wojownika tworzą podwaliny historii, której osią stanie się przekornie nie nieuchronna biblijnie sprawiedliwość dla narodu żydowskiego, ale rywalizacja dwóch przepełnionych testosteronem facetów. Proroctwo kapłanki Ramzesa nieuchronnie skieruje opowieść na kolizyjne tory.

„Exodus” nie jest filmem familijnym na pierwszy dzień Świąt. Sceny z ratowaniem baranków i monumentalne chorały radujące serce nie są tu częstym gościem. W pierwszej części Mojżeszowi bliżej jest do Batmana niż biblijnego starca z kosturem. Po osiągnięciu apogeum filmowego napięcia – w zasadzie jednej dynamicznej sceny obrazującej plagi egipskie (trzeba przyznać spektakularnej i pomysłowej) – tempo nie siada. Rydwany bojowe Ramzesa mają misję do spełnienia a widz doskonale pamięta o rozstąpieniu się morza.

Ridley Scott zna się na rzeczy. Tam gdzie może, podbija historię do filmowego górnego „C”, tam gdzie należy ją wyciszyć, zręcznie unika ckliwych biblijnych cytatów. Widać to choćby w zdumiewającym spotkaniu z Bogiem i późniejszymi z nim zmaganiami. Nie ma tu miejsca na obraz dziada gadającego do palącego się krzaka, jest mrugnięcie okiem do widza.

Podobnie ma się rzecz z boską interwencją. „To potrwa wieki” mówi pod nosem jeden z antycznych terrorystów obserwując jak Mojżesz zabiera się do walki z Egiptem.

Co ciekawe „Exodus” nie pielęgnuje modnej maniery hollywoodzkiego realizmu, z jego dbałością o dokładną scenografię z epoki i teorie „jak to naprawdę mogło być”. Owszem – Mojżesz nie ma już brodu prosto od fryzjera a brudnym zaułkom bliżej jest do District 9 niż wspomnianego kina familijnego, ale na tym koniec. Film ten nie poszedł w stronę „Noe”  i w gruncie rzeczy bliżej mu do wielkich produkcji typu „Kleopatra”. Scenarzyści jawnie wzorują się na wielkich hollywoodzkich produkcjach sprzed 50 lat.

Prócz kilku sprytnych uników i jednej podejrzanej próby interpretacji biblijnego cudu Ridley Scott nie wdaje się też w polemiki. W Biblii widzi przede wszystkim dobrą historię i będąc starym wygą nie traci okazji na stworzenie monumentalnego widowiska.

„Exodusu” nie można przeżywać w skali mistycznej. To doskonała rozrywka i wizualizacja na miarę naszych czasów. Z Mojżeszem o twarzy Batmana.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 31 grudnia 2015 w kino 2015

 

Tagi: , , ,

Out of the Furnace

Out-of-the-Furnace-Movie

Doskonały, doskonały, doskonały! Począwszy od Pearl Jam’owego „Release me”, poprzez obsadę, aż po fantastyczne zdjęcia i klimat.

Dźwięki „Release Me” nierozerwalnie wplatają się w miejsce akcji – Rust Belt, północno-wschodnie Stany, teren wielkiego przemysłu, zatopiony wśród bezdroży i lasów. To obszar beznadziei i smutku, gdzie dawne fabryki straszą pustką i wybitymi szybami. Ludzie mieszkający tu dawno przestali mieć nadzieję na dołączenie do tłustej klasy średniej.

Rusell (Christian Bale) ląduje w więzieniu po wypadku samochodowym. Jego nędzne życie rozsypuje się – dziewczyna odchodzi a młodszy brat Rodney (Casey Affleck) wikła się w hazard i ciemne interesy. Po powrocie Rusell próbuje wrócić do swojego nędznego życia i pracy w hucie. Zaginięcie Rodney’a stawia jednak wszystko na głowie a na drodze obu braci szalonego Harlana DeGroat (Woody Harrleson). 

Banalna z pozoru opowieść o zwykłych ludziach i uwikłaniu w szemrane towarzystwo jest po mistrzowsku fotografowana i zagrana, dając w efekcie przytłaczający, ciężki klimat. Jeśli do doskonałego Christiana Bale dorzucimy Willema Dafoe, Woodego Harrlesona a w tle pozostaje m.in. Forest Whitaker i Sam Shepard – nie może być żle. Mistrzem jest tu Harrleson, znany z ról złych chłopców. Jego Harlana najlepiej charakteryzuje wymiana zdań z głównym bohaterem:

Russell Baze: You got a problem with me?

Harlan DeGroat: I got a problem with everybody.

„Out of the Furnance” to film niepozorny, może więc umknąć uwadze pośród różnego rodzaju sensacyjnych blockbusterów i innych Supermanów. Szkoda, bo jest naprawdę wart obejrzenia.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 18 kwietnia 2014 w kino 2014

 

Tagi: , , ,