RSS

Archiwa tagu: Afryka

Hańba – John Maxwell Coetzee

Popadłem w stan pohańbienia, z którego niełatwo mi będzie się podźwignąć. Nie próbowałem uniknąć tej kary. Nie śmiem przeciwko niej się burzyć. Na odwrót, dzień w dzień odbywam ją całym sobą, usiłując zaakceptować hańbę jaką swoją kondycję. Czy pańskim zdaniem Bogu wystarczy, że żyję pod brzemieniem bezterminowej hańby?

Profesor literatury David Lurie wpada w kłopoty. Krótki romans ze studentką rujnuje życie intelektualisty. Zhańbiony Lurie opuszcza Kapsztad i przeprowadza się na farmę córki.

Prowincja przygniata Luriego rzeczywistością dalece odmienną od warunków, w jakich przebywał dotychczas. Post apartheidowe społeczeństwo rządzi się niezrozumiałymi dla białego intelektualisty prawami. Hańba nie opuści bohatera, choć objawi się na wiele nieznanych dotąd sposobów.

Wielkość prozy południowoafrykańskiego noblisty leży w lapidarnej formie, której ślad pozostaje na długo w czytelniku. Do głębi smutna i niepozbawiona biologicznej brutalności „Hańba” dotyka wielu tematów, z których egzystencjalne problemy „człowieka Zachodu” to ledwie górna warstwa. Poruszająca analiza społeczeństwa i stan umysłu nowej klasy panów mówią o RPA więcej niż niejedno opasłe dzieło.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 27 lipca 2020 w literatura 2020

 

Tagi: , , , , ,

The Siege of Jadotville

Niemalże od chwili wyzwolenia belgijskie Kongo zanurzyło się w permanentnej wojnie domowej. W podsycanym Zimną Wojną politycznym tyglu watażków wspierały kraje Zachodu i walczący o polityczne wpływy Związek Radziecki. Kongo stało się szybko wzorcem afrykańskiego chaosu.

W 1961 roku ONZ zainterweniował w Kongo-Leopoldville po samowolnej secesji „Stanu Katanga”, ogłoszonej przez lokalnego polityka Moise Tshombe. Naiwni politycy ONZ nie dowartościowali przeciwnika licząc na skuteczność rozmów pokojowych.

Jedna z nieumocnionych placówek terenowych w regionie została obsadzona przez niedoświadczoną i słabo uzbrojoną kompanię „A” 35 batalionu Irlandzkiego.

To co wydarzyło się w położonej o ponad 100 kilometrów od najbliższej militarnej bazy ONZ placówce, przeszło do historii jako „Bitwa pod Jadotville”.

Produkcja Netflixa przedstawia twardą walkę 155 irlandzkich żołnierzy z kontyngentu ONZ, którzy przez sześć dni odpierali zmasowane ataki 3-5 tysięcy kongijskich bojowników, wspieranych przez ciężki sprzęt i doświadczenie najemników z frankońskiej Europy a nawet wsparcie z powietrza.

Przez wiele lat świat nie znał szczegółów walki Irlandczyków w Kongo a określenie „Jadotville Jack” miało mocno pejoratywne znaczenie. Dopiero XXI wiek przyniósł wiedzę o męstwie garstki żołnierzy pozostawionych bez wsparcia, wody i amunicji.

 

 

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 10 listopada 2018 w kino 2018

 

Tagi: , , , , , ,

Beasts of No Nation

 Afryka Zachodnia, gdzieś po środku tętniących wojnami domowymi bezdroży. Kilkuletni Abu wychowuje się w tradycyjnej biednej rodzinie pod okiem kochających rodziców, starszego brata i niedołężnego dziadka, któremu dzieciak lubi płatać figle.

Niestabilna polityczna rzeczywistość szybko zmienia kraj w pole bitwy. Dla rodziny Abu oznacza to ucieczkę z terenów pomiędzy zwalczającymi się frakcjami.

W przeciągu kilku chwil Abu zostaje sam pośród mordujących się samozwańczych oddziałów. Wkrótce wpada w ręce jednego z nich, dowodzonego przez charyzmatycznego „Komendanta” (Idris Elba). Kilkuletnie dziecko  zostaje żołnierzem z jego nieodzownymi atrybutami – kałasznikowem na ramieniu, papierosem w zębach i postępującym znieczuleniem na otaczający świat. Zwierzęcy strach przed „Komendantem” zmienia się w chorą fascynację i fanatyzm, chociaż w głębi duszy Abu wciąż jest tylko przerażonym chłopcem.

„Beasts of No Nation” jest ekranizacją powieści afroamerykańskiego pisarza Uzodinma Iweala. Impulsem opowieści była wojna domowa w Sierra Leone, w efekcie której świat dojrzał problem dzieci-żołnierzy, wciąganych w piekło konfliktu przez watażków walczących o kopalnie diamentów.

Sugestywny i brutalny film doskonale oddaje atmosferę szaleństwa towarzyszącej niekończącym się afrykańskim wojnom, w których nie ma świętości i neutralnych stron. Doskonałe role młodego Abrahama Attah (Abu) i Idris Elby.

 

 

 

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 30 października 2018 w kino 2018

 

Tagi: , , , , ,

Rybacy – Chigozie Obioma

obioma_rybacy_mAfryka to nie tylko inny kontynent, inna kultura i inne odcienie skóry. Afryka to odmienny stan świadomości. Zderzenie z nią każdorazowo wprawia w zadumę cynicznego człowieka Zachodu.

W Akure, niewielkiej osadzie zachodniej Nigerii rodzina Agwu wiedzie swoje z pozoru beztroskie życie. Któregoś dnia pan Agwu oświadcza, że za pracą przenosi się do innego miasta. Yola jest odległe na tyle daleko, że jego wizyty w domu będą świętem.  Yola to miasto wciąż niebezpieczne po krwawych przewrotach politycznych, dlatego reszta rodziny zostaje w Akure. A rodzina to niemała, bo tradycyjnie dla afrykańskiej kultury z gromadki dzieci można wystawić małą drużynę piłkarską.

Ikenna, Boja*, Obembe i Ben – to starsza, zintegrowana grupka braci. Oprócz nich pod skrzydłami matki jest jeszcze dwójka najmłodszych szkrabów.

Korzystając z poluzowania ojcowskiego nadzoru czterech chłopców doskonale się bawi. Ich świat to szmaciana piłka w tumanach ulicznego kurzu, udawanie telewizyjnych super bohaterów a przede wszystkim wspólne chłopięce wyprawy. Największą rozrywką braci Agwu staje się zakazana rzeka. Wędrują nad muliste brzegi Omi-Ala z dreszczykiem emocji i przeświadczeniem, że robią coś niedozwolonego. Polowanie na kijanki i ryby wciąga ich tak dalece, że sami siebie nazywają rybakami. Mają nawet swoją pieśń rybaków, którą radośnie wywrzaskują wracając z trofeami – kijankami złapanymi w metalowe puszki.

Nad rzeką spotykają Abulu, lokalnego pomyleńca. Zabobonni mieszkańcy miasteczka w wariacie widzą proroka wieszczącego głównie wieści katastroficzne. Spotkanie „rybaków” z Abulu i jego rzucone pod nosem proroctwo uruchamia lawinę wydarzeń, która odciśnie się na życiu chłopców swoje piętno.

Powieść Chigozie Obioma jest tak egzotyczna, jak samo imię autora. „Rybacy” to fascynująca podróż w głąb afrykańskiej mentalności, zacierającej twardą granicę pomiędzy zabobonną duchowością a namacalnym światem. Nigeria jawi się tu dwojako: z jednej strony kraj, w którym mówi się po angielsku i próbuje dogonić dobrobyt Europy, z drugiej wciąż ociekający krwią, pełen chaosu zakątek świata. W takim otoczeniu nawet mali chłopcy nie mają się gdzie ukryć przed szaleństwem, którego pomruki dochodzą z Yola, Engu, Abuji czy wielkiego Lagos.

Mikroświatem „Rybaków” pozostaje jednak lokalna społeczność głęboko osadzona w tradycji, ledwie wiążąca koniec z końcem. Obioma skupia się na najmocniejszych więzach – braterskiej miłości. Pękanie ich jest głośniejsze niż przetaczajace się obok wojny domowe.

Niepowtarzalna powieść Nigeryjczyka rozwija się leniwie, aby w którymś momencie runąć w dół z siłą szalonej, rwącej rzeki. Po przekroczeniu tego progu nie sposób oderwać się od historii Ikenny, Boji, Obembe i Bena.

 

* – Boja to skrót od pełnego imienia: Bojanonimeokpu Alfred Agwu 🙂

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 26 listopada 2016 w literatura 2016

 

Tagi: , , ,

The Gunman

The GunmanPodobno dla głównej roli w „The Gunman” Sean Penn zrezygnował z „Birdmana”. To zapewne zgrabna plotka, ale udział w filmie sensacyjnym mógł się wydawać Penn’owi czymś w rodzaju plastra na własne ego. Po wielu ważnych i charakterystycznych rolach (Milk, Cheyenne) bieganie bez koszulki z gnatem w dłoni musiało być ważne dla tego pięćdziesięciolatka z Hollywood.

James Terrier pracuje pod przykrywką w Afryce. Oficjalnie wspomaga międzynarodowe organizacje, faktycznie służy korporacjom bezwzględnie czerpiącym z lokalnego chaosu jako zabójca na zlecenie. Po latach spokojniejszego życia Terrier staje w obliczu walki z własną przeszłością i organizacją, dla której stał się niewygodnym świadkiem.

Pierre Morel, twórca nieoczekiwanie kasowego „Teken” wyprodukował kolejny dynamiczny kryminał. Nic w nim odkrywczego, ale też nie ma w nim dłużyzn i nudy. Akcja dzieje się wartko, oprócz doskonałego warsztatowo Penna jest też Javier Bardem i Ray Windstone, świetne plenery Afryki i Europy. Tylko genialności tu brak.

O ironio, problem tkwi w obsadzie. Penn to nie Liam Neeson, który doprowadzony do ostateczności zamienia wujkowatość w rozpędzonny ruski czołg. Sean Penn ze swoją bezcenną miną wkurzonego na wszystko cwaniaka od początku nie pasuje do tej roli. Chociaż nie popełnia błędu w roli bezwzględnego zabójcy, wciąż lepiej wypada w wystudiowanych rolach facetów myślących głową a nie bicepsem.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 26 grudnia 2015 w kino 2015

 

Tagi: , , , ,

Etiopia – Ale czat! – Martyna Wojciechowska

ETIOPIA

Dziwna to książka. Określenie to nie do końca oddaje ducha wydawnictwa sygnowanego znaczkiem National Geographic. To raczej album pomocniczy ze skryptem, ilustrujący jedną z podróży Martyny Wojciechowskiej, czy raczej dodatek do programu telewizyjnego. Uważny telewidz nie znajdzie w słowie drukowanym niczego poza tym, co kadr wyraził w krótkich ujęciach. Być może jest to jednak sposobność do spokojniejszego niż 30 minut projekcji poznania i utrwalenia wiedzy o Etiopii.

Pani Wojciechowska jest Redaktorem Naczelnym polskiego wydania National Geo. Charakter tego periodyku, a raczej charakter całego przedsięwięcia spod znaku żółtej ramki świetnie wpisuje się w codzienną pracę autorki. Potężny marketing stojący za tak znanym brandem wyciska ostatnie soki z każdego pomysłu. Dopracowany, świetnie wydany album jest jednak zbyt doskonały i brakuje mu zwyczajnie książkowej „duszy”.

„Etiopia, Ale czat!” jest wynikiem pobytu w Afryce, którego głównym celem było nakręcenie programu przyrodniczego. Przy takiej okazji powstaje też sporo materiału zdjęciowego (nie licząc stop klatki kamery). Dorobione nieco na siłę treści, z których złożono książkę nie robią wielkiego wrażenia.

O Rogu Afryki fenomenalnie pisał Kapuściński, a przed nim i po nim kilku innych podróżników. W tym kontekście książka Martyny Wojciechowskiej wypada bladziutko. To po prostu zlepek scenek z podróży, sytuacji wokół ekipy telewizyjnej w kraju innym niż znane nam europejskie standardy. Momentami Wojciechowska ciekawi, szczególnie dopowiadając to czego w kadrze nie było widać. Tak się jednak składa, że doskonałe skądinąd programy podróżniczki są mocno zagęszczone właśnie takim spostrzeżeniami – a to koło nam odpadło, a to ekipa jest chora. Te obrazki znamy z kilku już serii programów MW. „Etiopia. Ale czat” pozostanie więc pozycją uzupełniającą do relacji wideo, obowiązkową dla zaawansowanych fanów autorki.

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 10 marca 2015 w literatura 2015

 

Tagi: , , ,

The good lie

good_lieWojna w Sudanie to jeden z najkrwawszych konfliktów zbrojnych po II wojnie światowej. W zasadzie to już jeden wielki „kocioł sudański”. W pierwszych dwóch wojnach zacofane chrześcijańskie Południe walczyło przeciw dominacji arabskiej Północy. Od 1956 roku, z 10 letnią przerwą w latach siedemdziesiątych, po 2005 rok zginęło prawdopodobnie ponad 2 miliony ludzi.  Kolejne lata to żmudny proces pokojowy, zakończony w 2011 roku podziałem na Sudan i Sudan Południowy. Od tego czasu wojna graniczna wciąż się tli a na południu wybuchła od dawna skrywana etniczna wojna domowa pomiędzy największymi plemionami Dinków i Nuerów.

„The Good Lie” traktuje krwawą historię Sudanu jako punkt wyjścia do opowieści o marności świata i kryształowym sercu Ameryki. Początkowe kadry filmu to chwytający za serce, krwawy exodus wiejskich dzieci. Po sugestywnych scenach ludobójstwa i ruszających sumienie obrazkach z obozu dla uchodźców kilkoro dorosłych bohaterów dostaje się do wymarzonych Stanów Zjednoczonych. Mamere, Jeremiah i Paul dostają się pod skrzydła niefrasobliwej początkowo Carrie (Reese Witherspoon). „Przygody trzech dużych murzynków” mógłby mieć podtytuł drugiej godziny tej fabuły. Uchodźcy z Sudanu są tu pocieszni niczym w filmie o jamajskich bobsleistach.

Film powstał na motywach prawdziwej historii. Od początku wprowadza to porządek fabularyzowanego dokumentu, w którym widzowi nie wypada wyrazić innych uczuć niż współczucie dla sponiewieranych Sudańczyków i duma ze światłości Zachodu (w postaci niebieskich oczu pani Witherspoon). Format ten ograny do cna od wprowadzenia po końcowe napisy z obowiązkowymi fotami pierwowzorów jest umową pomiędzy reżyserem a publicznością: będziemy trochę płakać nad marnością gatunku ludzkiego… ale jest nadzieja.

„The Good Lie” kłuje w oczy. Dobrzy Amerykanie przyjęli na swe łono kilku uchodźców. W tle pozostał obóz z tysiącami bez owej nadziei i jeszcze większa liczba ofiar kolejnej dekady ludobójstwa.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 10 lutego 2015 w kino 2015

 

Tagi: , , , , ,

Duch Króla Leopolda – A.Hochschild

Hochschild_Duch_krola_LeopoldaLudobójstwo – termin ten narodził się w XX wieku, w trakcie procesów norymberskich po raz pierwszy został zaś użyty publicznie. Ludobójstwo dziś kojarzy się z największą traumą ludzkości, holocaustem i polityką eksterminacji III Rzeszy. Pod pojęcie to podciągano później inne masowe eksterminacje – rządy Czerwonych Khmerów, kasakry w Srebrenicy, Burundi, Rwandzie. Trochę ciszej wspomina się wujka Stalina, który wśród wyczynów całokształtu twórczości zanotował wielki głód na Ukrainie (szacunki na 10 mln ofiar).

Rzadko jednak wspomina się o wcześniejszych wiekach, kiedy termin „ludobójstwa” nie istniał. Historia XX wieku przyniosła wiele spektakularnych mordów, w cień odsuwając wcześniejsze eksterminacje nie nagłaśniane tak mocno w czasach gdy przelewanie krwi było na porządku dziennym. Historia ocieka krwią niewinnych, o których pamięć zanika w mrokach przeszłości.

Jednym z najmniej znanych mordów jest kolonizacja Kongo. W wyniku sprawowania rządów belgijskiego króla Leopolda II Koburga z Kongo zniknęła połowa populacji. Ostrożne szacunki podają od dziesięciu do kilkunastu milionów ludzi.

Obsesją króla maleńkiego i niezbyt ważnego w Europie państwa Belgia było posiadanie kolonii. Tylko w ten sposób Leopol II Koburg mógł spełnić ambicje rządzenia mocarstwem. Po latach zakulisowych działań i podszywania się pod dobroczynność Leopold dokonał faktycznego przejęcia na własność terytorium wielokrotnie większego niż własne państwo. Dalej poszło już łatwo. Krytykując niewolnictwo belgijski monarcha sam wykorzystał miejscową ludność jako darmową siłę roboczą. Popyt na kość słoniową a później niespodziewany boom na kauczuk uczyniły go najbogatszym monarchą w Europie. Uwcześni humaniści protestowali cieniutkim głosem. Wciąż kwitł kolonializm a epoka handlu niewolnikami dopiero co się skończyła. Wśród beneficjentów byli najwięksi: Anglia, Francja, Ameryka.

Adam Hochschild precyzyjnie kreśli proces powstawania prywatnego królestwa króla Leopolda, jego rozkwit i próby ówczesnych sprawiedliwych doprowadzenia do nagłośnienia szwindli Koburga. Na kartach książki pojawiają się m.in. Pan Livingstone, Henry Stanley i Joseph Conrad, którego wrażenia z pobytu w „Wolnym Państwie Kongo” przelane zostały na karty „Jądra ciemności”.

Belgowie wciąż uważają swojego króla za dobroczyńcę i filantropa. Zostawił po sobie wiele pereł archtektury opłaconych kauczukiem, kością słoniową a przede wszystkim krwią tubylców. Pomnik Leopolda II nadal dumnie stoi w centrum Brukseli pozdrawiając parlamentarzystów Unii Europejskiej.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 24 września 2014 w literatura 2014

 

Tagi: , , , , , ,